Też się mogę obrazić

bow-tie-businessman-fashion-man

Od zawsze miałam problem z tym, że bałam się kogokolwiek obrazić. Tak bez intencji, zwyczajnie. Każdemu się to czasami zdarza, zwłaszcza, że są różne wrażliwości. Na przykład ja biorę wszystko do siebie i wiem, że zdarza mi się doszukiwać „drugiego dna” w czyichś słowach. Z natury nie jestem osobą złośliwą, raczej zdolną do kompromisów. Nie chowam w sobie urazy, w sytuacji konfliktu z twardym zawodnikiem to zawsze ja pierwsza pękam. Takie kwasy to nie dla mnie. Spędzają mi sen z powiek, wzbudzają wewnętrzny niepokój.

 

Tak więc, dla wyjaśnienia niezrozumiałych sytuacji, a także własnego komfortu psychicznego chodzę na czole z napisem „przepraszam” i kajam się przed „przeciwnikiem”. Nie jest to dobre podejście, wiem. Ale powolutku, zamierzam to zmienić. Zresztą, zawsze chciałam „umieć” trochę wytrwać, pozłościć się jak pozostali ludzie. Głównie dlatego, że uważam za bezsensowne przepraszanie, gdy nie czujesz, że coś jest twoją winą. W ogóle, najlepiej unikać sprzeczek, ale nic nie jest idealne i czasem może nam się nie podobać. Nie chodzi o to, żeby żyć w świecie perfekcyjnym, ale takim, w którym są rzeczy, które dzięki dialogowi można wspólnie naprawiać. Bo przecież niemożliwe jest, aby przejść przez życie bez problemów. No, nie? To już chyba nie mój pesymizm tylko zwykły fakt.

 

Niektórzy mogą twierdzić, że nie mają problemów, ale chyba tylko się oszukują albo inaczej interpretują to słowo. Każdy ma swoje spostrzeżenia i podejście do życia. Niektórzy ignorują trudności, inni są wytrzymali. Ja na przykład widzę wszystko w czarnych barwach, każde potknięcie traktuję jak porażkę i przejaw życiowego pecha. Nie umiem przegrywać, od razu czuję się niedowartościowana, niezbyt dobra. Zmienia się mój nastrój. Mamy różne typy ludzi. Ale nie w tym rzecz…

 

Nieraz sięgałam po rozsądne argumenty w walce ze swoim poczuciem winy albo po prostu powinności do wyciągnięcia ręki jako pierwsza. Starałam się sobie tłumaczyć, że przepraszanie za coś, za co nie czuję się odpowiedzialna nie ma sensu, bo sama się oszukuję, a poza tym nie uczy niczego „drugiej” osoby. Tak, mam takie poczucie „wychowywania” przeciwnika. Ale, czy jest w tym coś złego? Chyba nie, jak już pisałam, nie jestem złośliwa ani mściwa, więc chcę „obdarować” wroga cudowną umiejętnością autorefleksji. Nic z tego, do tej pory moje plany legły w gruzach. Sama kładłam się na tarczę i z podkulonymi uszami na niej wracałam. I zamiast spełniać się jako wybawicielka złych dusz, oddawałam cały swój honor w geście pojednania.

 

Już straciłam nadzieję. Byłam w labiryncie bez wyjścia. Przyznać się mimo braku wewnętrznej potrzeby i źle się z tym czuć, czy może przeczekać i naiwnie wierzyć, że przeciwnik zastanowi się nad swoim postępowaniem (a nawet jeśli nie, to chociaż raz postąpi jak ja – odda się bez walki) i… też czuć się źle. Zresztą, niektórzy to naprawdę twarde orzechy do zgryzienia.

 

OOOooo… tak. Znam mistrzów w byciu nadąsanym i ostentacyjnym okazywaniu tego. I stało się! Naprawdę się zezłościłam. To przyszło samo. Nie, nie tak, że bez powodu. Powód był i to poważny, zresztą nadal jest, bo ja trwam w postanowieniu (chociaż słowo to nie jest chyba odpowiednie, bo ja tego nie planowałam, po prostu czuję to, co czuję, czyli złość i blokadę przed jakimkolwiek „przepraszam”). Sytuacja jest tak kuriozalna, że przez usta moje, jak i „wroga” nie wydobywa się nawet nędzne „cześć” albo „przesuń się”. Totalna pustka, zero! Nie wspominam o „spadaj, głupia małpo” albo „ty idiotko”, których wygłoszenie przez „drugą” stronę byłoby w obecnej sytuacji istnym zaszczytem. Milczymy. My. Tak. Ja i moja siostra. I tak od dwóch tygodni. Jak długo jeszcze? Hmmm… tego nie wie chyba nikt.

 

Z emocjami sprawa jest zawsze skomplikowana. Nie da się niczego przewidzieć. To znaczy, możemy założyć, że zachowamy się w jakiś sposób, ale po co „trzymać” w sobie uczucia i żyć w zakłamaniu. To nie fair, zwłaszcza w stosunku do nas samych. I wierzcie, nie działa na dłuższą metę. Jedyne, co powoduje, to złe samopoczucie i bałagan uczuciowy.

 

U mnie na przykład wieczny stres, nieprzespane noce i ucisk w okolicy żołądka. Tak, to takie ostatnie odkrycie. Do tej pory myślałam, że to problemy z układem pokarmowym. A dziewczyny na grupie podzieliły się ze mną ową „tajemnicą”. Też tak miały (żadne pocieszenie) i jest to stres. Potwierdziła zresztą pani doktor. Z jednej strony dobrze, że mój żołądek jest OK, ale z drugiej… Na ten stres nie ma lekarstwa i to jest trudne. To niemiłe uczucie trzeba po prostu przyjąć do świadomości, gdy się pojawia. Za nic nie mogę go zwalczyć, nie działają „magiczne” herbatki i głębokie oddechy. Taki sprytny małpiszon. Co najbardziej zadziwiające i niestety przerażające, jest zdecydowanie szybszy i znacznie bardziej inteligentny ode mnie. Już samo to stwierdzenie jest denerwujące. Bardziej inteligentny? Cholera! Szybszy? O to akurat nie trudno, bo moja lotność jest ograniczona przez chorobę. I ta fizyczna, i ta umysłowa.

 

Jak doszłam do tych wniosków? Cóż, ten „ból” zawsze wie, że się denerwuję, zanim ja to dostrzegę. Czasem nawet nigdy nie udaje mi się do tego dojrzeć, a on siedzi w brzuszku na dobre. Po czasie, gdy z dystansem spojrzę na minione wydarzenia, jednak muszę przyznać mu rację 🙁 Składam broń. Doceniam konkurenta. Co nie znaczy, że zamierzam wiecznie poddawać się bez walki. Wmawiam sobie, że nie jestem zdenerwowana, czasem już nawet  w to wierzę, ale wiara ta jest widocznie niewystarczająca. Póki co, oczywiście. A może to nie wiara, a raczej brak wystarczających argumentów jest problemem?

 

Co by było, gdyby tak się nie denerwować? Nieee… to niemożliwe. Tak jak życie bez problemów. Zresztą, takie denerwowanie się czasem jest niezbędne do „oczyszczenia”. Trzeba po prostu umieć sobie skutecznie radzić z objawami, zanim zapadniemy na chorobę. Lepsze zapobieganie niż leczenie, ale nie zawsze się udaje. Dlatego trzeba umieć sięgnąć po lek.

 

Wracając do konfliktu samego w sobie. Otóż narodził się sam. Chyba tak. Coś ktoś powiedział, trochę przez żart, trochę nie dla obrazy, tylko żeby zwrócić uwagę. Wiecie, ja uważam, że nawet jak ludzie nie tworzą rodziny, ale mieszkają razem, to powinni szanować się i swoje potrzeby oraz prośby. Zamiast wkurzać się na kogoś, zwrócić mu uwagę i powiedzieć, że coś nam przeszkadza. I jak tak postępowałam. Któregoś dnia już po prostu nie wytrzymałam. Poprosiłam o wsparcie autorytetu. No właśnie, i tu cały szkopuł tkwi. Przyznaję, bałam się powiedzieć to prosto w oczy. Zresztą, jak powiedzieć coś twarzą w twarz komuś, kto smacznie chrapie u siebie w pokoju? A to były te emocje! Ja musiałam je z siebie wyrzucić, nawet nie kontrolowałam tego. No i poskarżyłam się (ale nie krzyczałam!) tacie, że siostra nie robi w domu nic i blat w kuchni jest brudny. Dodatkowo, zwróciłam uwagę na to, że nie wyprowadza psa i w ogóle się rozleniwiła.

 

Tak, to wygląda obłudnie. No, bo przecież anorektyczka siedząca w domu ma chyba wystarczająco dużo czasu i nie ma prawa wymagać niczego od „normalnych” ludzi, którzy wracają zmęczeni z uczelni czy z pracy. Ja sama mam takie myśli i czuję się bezużyteczna. Czuję, że muszę wynagradzać im to, że tkwię na kanapie. Mam straszne kompleksy, ale wolałabym wykorzystywać energię na robienie czegoś bardziej pożytecznego, a nie pranie skarpet. Chyba nie tak powinno wyglądać życie 20-letniej dziewczyny? Zwłaszcza, że i tak odbiega od normy z powodu choroby. A nawet jeśli sprząta, pierze, prasuje i robi zakupy, to wypadałoby czasem powiedzieć głupie „dziękuję”? Nie. Przecież to jej obowiązek. Tak jej dobrze, całe dnie przed telewizorem, a nie w korkach w autobusie czy na uczelni. Otóż nie! Uwierzcie. Takie życie mnie nie satysfakcjonuje.

 

Daj Boże, żebym kiedyś miała taką okazję (wiecie – rodzina, dzieci, mąż…), ale teraz nie czas na bycie „managerem domu” 😉 Zwłaszcza, że czasami już naprawdę brakuje mi siły, bo staram się być samodzielna. Tak więc, wracając sama z biblioteki czy wizyty u lekarza, potrzebuję chwili odpoczynku. Cóż, taka jest prawda, że siły za dużo na pewno nie mam. Ale ta, którą mam, zapewniam, że jest zupełnie wykorzystywana.

 

No i się zaczęło… Księżniczka wszystko słyszała i się obraziła. Bałam się tego, dlatego nie mówiłam tego twarzą w twarz. A tu i tak wyszło jak wyszło. Albo i jeszcze gorzej. Ja nie chciałam nikogo urazić, tylko poprosić, dać sygnał, że mi to nie odpowiada i proszę o uszanowanie tego. Nie żądam, ale proszę. Litości, starcie blatu, czy wyprowadzenie 12-letniego yorka to czynności, które zajmują 5min. Wymagają więcej chęci i dobrej woli (a nawet zwykłej ludzkiej odpowiedzialności) niż energii. Poczułam się nie fair. Zwłaszcza, że poprzez taki stosunek siostry i podejście do życia „ja, ja, ja” czuję się zobowiązana przez nią do robienia tego wszystkiego, czym powinnyśmy się dzielić, aby nie obarczać taty nadmiernymi obowiązkami. Nie chcę zostawiać go samego z tym całym kotłem, bo to naprawdę dużo.

 

Tak więc, czuję się uwikłana w jej plan z premedytacją. I to nie jest fajne. Takie manipulowanie, pociąganie sznurkami to obrzydliwe zachowanie. Zabolało dopiero wtedy, gdy usłyszałam prawdę. Tą wypowiedzianą w emocjach. I wiem, że to prawda, bo pod wpływem złości mówi się głównie prawdę. Poza tym, słowa padły, choć miałam tego nie słyszeć. Pech chciał, że słyszałam. Uwierzcie, nie obudzi mnie największa nawałnica czy impreza u sąsiadów, ale ta kłótnia mnie podniosła. Siostrzyczka wykrzyczała tacie, że czepiam się jej, podczas gdy ona jest arcyzmęczona (umówmy się, ona jest zmęczona cały czas – potrafi spać 20h, gdy tylko ma na to czas). Na co dzień jeździ do laboratorium, w którym siedzi na tyłku przez 3 godziny, a później wraca do domu i bach na kanapę. Wiecznie tylko „odpoczywa”. Nie proszę jej o odkurzanie czy mycie podłóg, ale głupie pójście do sklepu na dole. Nie, to się zdarza tylko wtedy, gdy sama zainteresowana ma taką potrzebę. Żyje praktycznie sama dla siebie. A gdy już się po coś ruszy, to nawet nie zapyta, czy czegoś nie potrzebujemy (żeby nie było, my pytamy!).

 

Kiedyś było inaczej. Takie rozleniwienie pojawiło się ostatnio i ostatnio zaczęło naprawdę denerwować. Na tyle, że nie pozwala mi wyciągać ręki, bo tym razem chyba zostałaby odcięta. Najgorsze było, gdy usłyszałam, że ma dość tego, że siedzę w domu i choruję 7 lat. Serio? Myśli, że tylko ona? Bardzo proszę, chętnie bym się zamieniła. Nie ma pojęcia, ile ta choroba mi zabiera. Praca, do której chętnie bym poszła, znajomi, kompleksy, studia zaoczne zamiast „normalnych”. Podczas gdy ona wydaje pieniądze na szmatki, ja zostawiam fortunę w aptece i u psychologa. Za jakie grzechy? Na moim miejscu nie wytrzymałaby nawet tygodnia. Ach…. tak bardzo chciałabym jej to wykrzyczeć. Gdybym tylko z nią rozmawiała… Ale nie chcę.

 

Może jeszcze przyjdzie czas na szczere „odczep się” czy „mam Cię dość!”. Tym razem jestem tak zraniona, że się nie poddam. Nie dam się obrzucać błotem, bo jestem chora. To nie moja wina! Powinna się cieszyć, że to na mnie spadł cały ciężar tej chorej sytuacji w domu i to ja ponoszę tego konsekwencje. Ona nie poświęciła niczego, a uwagi rodziców miałyśmy tyle samo, bo jakoś „mój” problem zawsze traktowany był jako mój i rodzice nie angażowali się specjalnie w pomoc mi w wychodzeniu z bagna. Dopiero teraz, tatuś naprawdę się stara, ale nie zapomina o siostrze. Jest mistrzem sprawiedliwości.

 

Tak więc od dwóch tygodni ostentacyjne trzaskanie drzwiami, izolowanie się ode mnie (i od taty) oraz życie samej dla siebie trwa w najlepsze. Pies już nawet nie prosi księżniczki o wyjście na dwór – przychodzi do taty lub do mnie, majtki i skarpetki nie piorą się same, a ja zamiast bycia bierną, mam coraz większą ochotę robienia na złość. Hipokryzja sięga zenitu, gdy wieczorem, po całym dniu siedzenia w domu, Pani wysyła tatę (!) do sklepu po ciastka, na które ma ochotę. Coraz bardziej uświadamia mnie w fakcie, że jej przeszkadzam. Nie poszczególne rzeczy, tak w ogóle. I wiecie co? Ona zaczyna mi też. Cała ona, jej postępowanie, charakter, sposób bycia, to, jak stawia kroki. Chyba wolałabym, by znalazła gdzieś już swoją przystań. Wtedy atmosfera by się rozluźniła, a i ona może by się czegoś nauczyła. Mam też żal do taty, że nie zwróci jej uwagi, bo czuję się niesprawiedliwie traktowana. Tak, jakby dawał przyzwolenie na wykorzystywanie mnie. Chociaż wiem, że tak nie jest, bo on bierze na siebie „jej” obowiązki. Tylko, że ja się na to nie zgadzam i pędzę mu z pomocą.

 

No i dochodzę do wniosku, że to po nim nie mam tej zdolności wymagania od innych w obawie przed obrażeniem się kogoś na mnie i odrzuceniem. Z powodu braku poczucia własnej wartości, czuję, że to ja muszę zasłużyć na czyjeś miłe słowo i uwagę i za wszelką cenę unikać kwasów, bo i tak trudno mi znaleźć przyjazne dusze, bo mało kto mnie polubi. Tylko ile tak można? Po co mi ludzie, którzy wykorzystują moje słabości? Ja też się mogę obrazić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *