Żegnaj Kitty część 1

Od kiedy tylko zaczęłam pilnie przemykać przez kolejne strony zmagań Kitty z chorobą, wiedziałam, że nie jest to kolejna „zwykła” opowieść. Taka, ot, sobie książka. Jedna z wielu stereotypowo opisujących zaburzenia odżywiania i wzbudzających tylko negatywny rodzaj złości i buntu w bardziej wtajemniczonych w chorobę, jej powody i przebieg.

Początkowo myślałam, że nie dam rady przeczytać więcej niż jeden rozdział na tydzień, później okazało się, że było to tylko kilka stron. Dlaczego? Każda karteczka zapisana wspomnieniami matki dziewczyny nasycona była emocjonującymi wyznaniami, szczerymi i trafnymi stwierdzeniami, autentycznymi (nawet w moim odbiorze, a może i tylko w moim, bo „zdrowym” anoreksja wyobraża się zupełnie inaczej) opisami i niesłabnącym zrozumieniem oraz współczuciem. Co ważne dla mnie, Brown w umiejętny sposób potrafiła okazać swoje zdumienie i podziw dla walczących – zamiast obrzucać ich błotem i oskarżać o bezczynność albo po prostu pozostać obojętną, wykazała się dojrzałym, fachowym podejściem do sprawy, wiedząc, że mimo wzlotów i upadków są osoby, które naprawdę wkładają wysiłek w pozbycie się tej „zarazy” ze swojego życia. Opisuje trudności i poświęcenie całej rodziny, ale nie przypisuje sobie żadnych dodatkowych zasług. Wie, że to ona podawała Kitty jedzenie i pilnowała jej na każdym kroku, ale, dzięki Bogu!, nie w tym widzi jedyny powód polepszenia się stanu dziewczyny.

Zdaje sobie sprawę, że pomimo odmów, oszustw i sztuczek, to ze strony Kitty wyszedł największy wysiłek i prawdziwa CHĘĆ. To chora każdego dnia (i nocy) walczyła z myślami, a nie garnkami i sztućcami. Szczerze, przepraszam za stwierdzenie, które może skrzywdzić opiekunów osób chorych, ale pokarm potrafi podać nawet małpa. O wiele trudniej walczy się ze słabościami psychiki, a nie zmęczeniem fizycznym. Ciału można dać odpocząć, a gdy cierpi dusza, to czasem wiele czasu minie, aż odkryjemy sposób, by jej ulżyć i nastąpi regeneracja.

Wracając jednak do empatii. Nie wiem, jak to jest być osobą bliską chorego na zaburzenia odżywiania się. Jedynie z rozmów z moją siostrą wiem, że czuła się zaniedbana przez rodziców, codziennie dowiaduję się nowych, zaskakujących rzeczy o tym, jakie emocje jej towarzyszyły. Mogę sobie tylko wyobrażać, że nie łatwo było przez te wszystkie lata zaciskać zęby i nie okazywać tego, poza kilkoma wybuchami. Częściej jednak uciekała przed problemami z domu, bo nie czuła w nim wsparcia – na ile to wina mojej choroby, a na ile i tak beznadziejnej atmosfery w domu i braku zaufania do siebie – nie wiem. Wiem, że mimo iż dostrzegałam, że nie czuła się komfortowo, nie zdawałam sobie sprawy ze skali tego problemu. Dziś jest inaczej. Nadal niestety choruję (Boże, tak bardzo chciałabym, żeby to właśnie była ta opisywana zmiana!) Jak już wspomniałam, siostra jest otwarta, jesteśmy bliżej, traktuje mnie normalnie – krzyczy, denerwuje się, mówi, kiedy coś nie pasuje. Nie obchodzi się jak z jajkiem. To namiastka normalności w naszym domu.

Poza tym, ja sama staram się wyzwalać z anoreksji. Jestem już na tyle stara ;), że sama jeżdżę na terapię, do lekarzy, nie angażuję w to rodziców. Jest mi z tym dobrze, nie chcę mieć poczucia, że kogoś zawodzę. Jeżeli mam wyzdrowieć, to tylko dla siebie. Krok po kroku, nic na wyścigi, bez oszukiwania kogokolwiek, a zwłaszcza własnej psychiki. Wtedy najłatwiej stracić kontrolę. A to ja chcę decydować, kiedy jestem gotowa zrobić kolejny krok. Oczywiście, w miarę upływu czasu, siostra także posunęła się trochę w latach i nie potrzebuje już aż tak zaabsorbowania rodziców, a nawet nie chce. Nauczyła się zresztą żyć bez ich wsparcia, z czym ja miałam duży problem, dlatego też podświadomie chorobą próbowałam „wymusić” na nich jakiekolwiek zainteresowanie, poczucie opieki, nadzoru, bezpieczeństwa. To taka „skaza” z dzieciństwa, po której zostanie blizna.

Mam żal, bo niektórzy rodzice posiadają umiejętność i mądrość nauczenia dzieci, a właściwie subtelnego, ale jasnego okazania zainteresowania życiem i potrzebami dziecka. To po prostu takie rodzące się w potomku „coś”, co pozwala nie bać się żyć i podejmować kroki, bo daje gwarancję istnienia zawsze na horyzoncie „pomocnej dłoni”. Nieoceniania, prawa do popełniania własnych błędów, dumy z własnego dziecka nieważne co się dzieje i ramienia, na którym można się wypłakać zamiast tłumienia urazów i żali. Współdzielenia się radościami i troskami, rozwiązywania problemów razem, ale i zachowania zdrowej autonomii i nienachalnego ingerowania w świat uczuciowy dziecka.

Cóż, czasu cofnąć się nie da, ale to czego w ostatnich miesiącach się nauczyłam, to to, że nie oznacza to, że już nasze całe życie będzie beznadziejne. Po prostu trzeba to wszystko zostawić za sobą i zbudować swoje życie, takie, jakie chcemy mieć, a nie takie, jakie przygotował nam ktoś, wprowadzając na zły tor. Dlatego mój żal zostawiam za sobą i nie chcę się na nim skupiać. Nie jest tego wart… Chyba po części od tego jest się dorosłym. Żeby naprawić błędy rodziców, po wielu latach obserwacji naszego życia i licznych prób życia na różne sposoby, podejmowanych głównie w okresie nastoletnim, podjąć decyzję o tym, czy chcemy, by nasze życie dalej tak wyglądało. Jeżeli nie, to jest to czas, aby zacząć żyć po swojemu i korzystać z tego, co przychodzi od życia.O uczuciach rodziców rozpisywać się nie będę, bo nie chcę. Nie wiem, co czuli moi i szczerze mówiąc nie za bardzo mnie to ciekawi. Jak na ironię, najwięcej wsparcia otrzymałam właśnie od wycofanej siostry. Może nawet nie wsparcia, co spokoju. Wszystkie wahania emocjonalne zawsze związane były z relacjami z rodzicami.

W każdym razie, o odczuciach rodziny piszę dlatego, że czytając książkę Harriett Brown, jestem spokojna, że nie karmi mnie ona pustymi słowami, ale ja także mogę z niej czerpać jakąś naukę. Skoro ta kobietka potrafi tak doskonale opisać świat anorektyczki, emocje i procesy zachodzące wewnątrz osoby dążącej do zdrowienia, to może także doskonale opisała emocje swoje, młodszej córki i męża? Istnieje też możliwość, żę to nie ona jest empatycznym geniuszem, lecz to Kitty świetnie zrelacjonowała jej krok po kroku, co działo się w jej głowie. Takie stwierdzenie zresztą pada w książce.Nieważne, i tak jestem spokojna, bo o swoich uczuciach chyba pisała już zupełnie świadomie, więc może i mnie udało się po części pojąć myśli bliskich. Zresztą, fajne jest to, że cała książka nie jest skupiona wokół jednej postaci lub mamusi i córeczki, ale wszystkich domowników, a nawet całego osiedla i społeczności szkolnej. To przynajmniej daje choć trochę odetchnąć od momentów pełnych napięcia, które ja, jako chora, przeżywałam wyjątkowo długo. Dlatego też nie byłam w stanie recenzować, a właściwie opisywać myśli, jakie krążyły wokół więcej niż kilku przeczytanych stron.

Był czas, że myślałam, że nigdy nie skończę mojej lektury. Ale… nie martwiło mnie to. Podobnie jak z terapią, dałam sobie czas. Nie byłam gotowa sięgnąć po nią i nie chciałam robić niczego na siłę. Liczyłam na to, że w końcu przyjdzie czas, że nabiorę siły, aby wrócić do świata Kitty. No i przemyślałam, poprzeżywałam swoje i wzięłam ją do ręki. O dziwo, poszło łatwo. Nie, nie dlatego, że nie miałam co robić w autobusie. Było ciepło, mogłam, tak jak lubię, zamknąć oczy i powygrzewać się jak jaszczurka, tylko że przez szybę 🙂 Ale wciągnęło mnie na dobre. Później z kolei nadszedł czas złości. Złości na tatę (takie domowe sprzeczki), złości na siebie (za brak konsekwencji – czyli opisane wcześniej upadki), zniecierpliwienia, no i nudy. Chciałam być sama. Było zimno i ponuro, więc park nie wchodził w grę, centrum handlowe głośne i pełne wrogich spojrzeń, napotkanych i tak już wcześniej w autobusie. Zamknęłam się w pokoju, usiadłam z kocem na łóżku i prawie skończyłam. Dwa dni później w drodze do lekarza, czekając na autobus, skończyłam „Kiedy…”.

Nie chcę tej samotności!!!

Przeżywam to zawsze. Nie czytam jej jak zwykłej książki – strona po stronie, nawet 100 zapisanych karteczek dziennie. Myśli kotłują się w głowie, zapisuję je rozgorączkowana na kawałku papieru, który mam pod ręką. Tak prędko, aby nic nie umknęło mi, abym mogła to czytać i ciągle tym żyć, czuć te emocje – strach, smutek, współczucie, złość, zrozumienie, ciekawość, bliskość. Tylko dlaczego? Dlatego, że chcę czuć. Pragnę nauczyć się dopuszczać do siebie wszelakie emocje, rozpoznawać je, okazywać, opisywać właściwie i wyciągać z tego wnioski.

Poza tym, mam nadzieję, że każda myśl przypomni mi w chwili słabości o tym, że nie jestem jedyna, o tym, że nawet, gdy jest beznadziejnie, można z tego wyjść, o tym, że ktoś jednak potrafi zrozumieć, co dzieje się w „naszych” umysłach (to przywraca wiarę w ludzi), o tym, że warto walczyć i czasem ze łzami w oczach pokonywać słabości (wbrew głosowi wewnątrz, który tylko wydaje się być rozsądny, a naprawdę nas oszukuje) i o tym, że nie jestem może jedyną, wybraną przez kogoś na kozła ofiarnego osobą, której podarowano wszelkie nieszczęścia świata – oznaczałoby to przynajmniej, że może kiedyś spotka mnie w końcu jakieś dobro.

Czuję potrzebę wyrażania tego, co dzieje się we mnie, ale póki co gotowa jestem na to tylko w formie pisemnej. Przychodzi mi to o wiele łatwiej niż mówienie. Oprócz tego tylko oko w oko z terapeutą potrafię się otworzyć. Nie umiem wprost przekazać uczuć tym, którzy są ze mną przez większość czasu – najbliższej rodzinie. Trochę dlatego, że nie znajduję żadnych właściwych słów, trochę też z powodu obawy przed zasmuceniem lub zawiedzeniem ich (dlaczego jesteś ciągle nieszczęśliwa i narzekasz?), na pewno zaś dlatego, że właśnie najczęściej, ja po prostu nie wiem, co czuję albo nie umiem do tego sama się przed sobą przyznać. To dziwne, ale ja naprawdę tak mam. To frustrujące, bo niemożność zidentyfikowania emocji i podzielenia się nimi z kimś sprawia, że kłębią się we mnie i nigdy nie daję im upustu. Aż niewyobrażalne, że w jednym człowieku o wzroście 162cm może zmieścić się tyle uczuć i myśli – i to tak przeciwstawnych. Taki chodzący „ładunek” powinien już dawno wybuchnąć. I owszem – rozrywa mnie od środka.

Jak pisze matka Kitty, (Boże, jak ona to trafnie potrafi opisać!), „dusza krwawi”. Tak, dusza. To ona najbardziej cierpi, to ona jest najbardziej sponiewierana. Wszystkim wydawać się może, że najbardziej zdewastowane jest ciało anorektyczki. Nic bardziej mylnego. Dusza zostaje zgnojona przez tą zołzę o wiele wcześniej, niż pokaże to ciało czy jakikolwiek wynik badania lekarskiego. Jest jeszcze jedna, najistotniejsza różnica – ciało widzą wszyscy, cierpienie duszy czują tylko chorujący (i takie wyjątki, diamenciki jak matka Kitty).

Wracając do tematu niewiedzy. Może to banalne porównanie, ale idealnie ilustruje „bardziej opornym”, o co chodzi w tym zjawisku. Nawiasem mówiąc, tak też mam, ale w porównaniu z rozpoznawaniem emocji jest to pikuś – najwyżej będę chodzić nago 😉 Chodzi mi o to, że ja nawet wchodząc do sklepu po zwykły T-shirt, nie wiem, który wybrać. Nie chodzi o cenę ani krój. Oba mi się podobają i, o niebiosa!, nawet nie odstają tak strasznie. Ja jednak gapię się na te bluzeczki przez 20 minut i… nic. Dalej nie wiem, który mi się bardziej PODOBA. Mam tak ze wszystkim – skarpetkami, kolorami swetra i balerinkami. Tak, wiem, każdy się czasem dłużej zastanawia. Jednak u mnie stało się to niemal zwyczajem, okropnie wyczerpującym. Kiedyś myślałam, że jestem po prostu niezdecydowana. W moim przypadku wykracza to jednak dalej – to po prostu czysta niewiedza. Patrząc w dal, dochodzę do wniosku, że mam tak od zawsze, z tym, że teraz na inną skalę. Relikt z dzieciństwa. Wydawało się drobną wadą (czasem nawet zaletą – „ona jest taka rozsądna i rozważna”, później zmieniło się na „starowna” lub „oszczędna”), czymś, co zostawia rysę na moim idealnym charakterze, co nadaje mi trochę ludzkiego wymiaru – choć ja zawsze chciałam być idealna i wszelkie rysy były dla mnie strasznie wstydliwe, udawałam więc, że ich nie ma, ze strachu przed ujawnieniem ich przed rodziną.

Znów ten strach. Ale… tak, bałam się, że przestanę być kochana, choć tak naprawdę nikt nigdy sam z siebie nie powiedział mi, że jestem, więc może po prostu bałam się, że ktoś powie na głos, że mnie NIE akceptuje. Bo przecież na takie uczucia od innej osoby trzeba zasłużyć – uwielbiani są tylko Ci nieskazitelni, tylko ich można kochać. Choć w kontaktach z innymi, zawsze okazywałam, że nie ma znaczenia dla mnie, czy mają wady czy też nie, bo jestem tolerancyjna. Tak, miałam i dalej mam wobec siebie inne wymagania niż wobec innych. Stosuję wobec siebie inne standardy. Dziś obsesyjnie boję się tego, co powiedzą o mnie inni, a jeszcze bardziej tego, co pomyślą, choć ja sama nie oceniam nikogo po wyglądzie i nie wymagam od nikogo nieskazitelności. Mimo tego, przez przykre doświadczenia i liczne zawody, nie wierzę w ludzi.

Sparzyłam się. Zawsze chciałam być lubiana przez wszystkich, dlatego zawsze próbowałam być miła, nie oceniać nikogo, akceptować wady innych. Dziś nie potrafię zaufać, że ktoś może podchodzić do poruszonej kwestii tak samo jak ja, tzn. zaakceptować jakąś rysę, lubić pomimo krzywych nóg lub wagi. Nie wierzę, gdy ktoś mówi, że mnie lubi. Sama nie lubię siebie i nie wyobrażam sobie, jak można chcieć spędzać czas z kimś takim jak ja. Przyjmuję to jako grzeczność z czyjejś strony a później powolutku wycofuję się, by nie narzucać się i nie wprawiać nikogo w zakłopotanie czy irytację. Jestem skryta, czasem może sama nieświadomie odpycham tym ludzi, ale boję się kogoś zdenerwować – wzbudza to we mnie ciągle ten sam lęk, co w dzieciństwie – lęk przed tym, że ktoś NA GŁOS powie, że coś go we mnie denerwuje, że JA go irytuję.

Samotność. Przez to wszystko to ona towarzyszy mi 24h/dobę. Tak bolesna i krzywdząca. Przecież zawsze bałam się, że będę sama. Owszem, takie okresy „odcięcia” się od świata i pobycia tylko ze sobą zdarzają mi się teraz potrzebne, ale są też momenty, że potrzebuję kogoś do potrzymania za rękę, wyjścia do kina czy na spacer. I niestety, rodzina w tej kwestii się nie sprawdza. Każdy potrzebuje swoich własnych znajomych – takich znalezionych samemu, „zaadoptowanych” do tej drugiej rodziny, tej, którą możemy wybierać, tej wyselekcjonowanej, elitarnej sfory. Rodzinę mamy zwykle na co dzień, niestety, ale najczęściej bywa to męczące. Ponadto, przyjaciele, niby obcy ludzie, niezwiązani z nami żadnymi genami, a jednak na ogół bardziej przyjaźni, bardziej warci zaufania, lepsi słuchacze i doradcy, lepiej widzą, co nas gryzie (albo, że w ogóle tak jest), lepiej wiedzą, co powiedzieć, czego potrzebujemy, czy chociażby, którą bluzkę wybrać. Tak, oni nie patrzą na nas przez pryzmat tych emocji, więzów krwi. Są bardziej subiektywni, na chłodno oceniają fakty, choć potrafią odczuwać z nami radość i smutek, gniew i euforię. Sposobem na unikanie samotności miało być właśnie stworzenie takiego grona znajomych. Na wszelki wypadek – rodzina + przyjaciele – taak, byłam starowna 🙂 Cóż, dlatego starałam się jak mogłam być miła, w szkole pomagałam jak tylko mogłam rówieśnikom, nigdy nie odmawiałam niczego, czyniłam wiele rzeczy swoim kosztem, ale czułam się przynajmniej potrzebna. Tak jak Kitty (kolejne podobieństwo!), byłam niezwykle towarzyska. Choroba zmieniła wszystko, ale teraz, o czym coraz dotkliwiej się przekonuję, doskwiera mi brak oparcia. Samotność. Nienawidzę jej – to wiem akurat doskonale.

Tak właśnie drobna wada – błędnie określana jako niezdecydowanie – przeobraziła się w ogromną niewiedzę, uwierająca dość mocno w codzienności. Kurczę, jednak oczy trzeba mieć otwarte przez cały czas. Dzieciństwo to tak ważny okres, tak wiele w nas kształtuje, tak wiele zostawia w ludzkiej duszy. Czasem drobna ryska dziecka może niekontrolowanie stać się koszmarem dorosłego. Przed rodzicami wyzwanie, by wychwytywać te wszystkie niedoskonałości zanim wyrządzą nam krzywdę. Zwłaszcza, że wszystkich i tak nie zauważą, mogą więc jedynie zmniejszyć ich ilość. To wyzwanie, ale i obowiązek. Ja mam moim rodzicom za złe to, że nie myśleli o konsekwencjach swoich czynów i tego, jak odbiją się na psychice mojej i mojej siostry, jaki wpływ będzie to miało na naszą przyszłość. A ma, i to niewyobrażalnie duży!

Wiem, wiem. W moich czasach psychologowie nie trąbili tak jeszcze o tych „wszystkich sprawach”, ale jakoś inni dorośli wiedzieli, że dziecku należy powtarzać, że jest coś warte, że nikt nie jest idealny, ale jego wady nie eliminują go z życia towarzyskiego, jedynie trzeba nad nimi pracować, że odnoszenie porażek to nie koniec świata, że powinno się, a nawet trzeba mówić o swoich emocjach, bo inaczej kłębią się w nas i rozrywają wewnętrznie. Tak, nie nauczyli mnie opisywać uczuć. Sami tego nie robili. Nikt nigdy nie wiedział w domu, co się dzieje w umyśle pozostałych. Nie mówię, żeby zdradzać wszystko, jak na spowiedzi, ale każdy chce się czasem wyżalić. Inna kwestia, że u nas w domu nigdy nie było zaufania. Lawa, zwykle gorzkich słów, wylewała się podczas częstych kłótni – tylko mała A., ta, która nie krzyczy, bo nie chce nikogo zranić, zbierała w sobie wszystkie emocje i tak do dzisiaj… Mam nadzieję, że moje dzieci nie będą bały się mówić wprost, czego się boją, co je denerwuje a co bawi. Dom powinien być bezpieczny, a nie wzbudzać strach i poczucie ograniczenia wolności, nie wydawać się obcy.

Dalszy ciąg i coś jeszcze

Moim zdaniem, każdy wewnątrz jest egoistą, a w szczególności chory, który ma żal do życia za to, co go spotkało i w pojedynku: utrata rodziny kontra utrata pozornej „własnej woli” wybierze siebie. Dlaczego? Bo, jeśli akurat chodzi o mnie, ja czuję się poszkodowana przez los. Nie potrafię pogodzić się z tym, że moi rówieśnicy nie walczą z demonami, mają normalne życie  – nie jakieś cukierkowe, ale przeplecione codziennymi problemami – a nie skażone zarazą, z której nie mogą się wygrzebać. Mają szczęśliwe rodziny, a przynajmniej nie toksyczne, jeżdżą na wakacje, pracują, studiują, zakochują się, żyją… Na ich drodze światło zmienia się fazami.

Dlaczego ja tak nie mogę? Chyba mnie też należy się coś od życia. Skoro jednak ono nie chce dać, to samemu trzeba wziąć, albo przynajmniej zawalczyć! Zahaczając jeszcze o temat rodziny – wspomnę tylko jedno. Szantaż w moim przypadku nie zadziałał także dlatego, że w pewnym momencie zapragnęłam właśnie odcięcia od rodziny. Miałam ich po dziury w nosie i odwrócenie się ode mnie nie było dla mnie żadną karą. Wkroczyłam w końcu w okres buntu, zamykania się w pokoju i krzyczenia, że wszystko jest nie tak – od dzieciństwa po dziś dzień i gorzkiej prawdy prosto w oczy, która świadomie raniła bliskich. Chciałam, żeby w końcu zrozumieli, że ja walczę sama, ale to między innymi przez nich jestem do tego zmuszona. Nie cierpię ich za to, że nie pomogli mi odnaleźć siły, że obcy ludzie stali się mi bliżsi, że ich jedyna pomoc opierała się na: „Wiem, że jest  Ci ciężko”, „Mam nadzieję, że będzie lepiej” i oczekiwaniu, że w miarę opłacania kolejnych wizyt u psychologa będzie lepiej samo z siebie. Wkurzało mnie takie myślenie – tak, jakby nie zdawali sobie sprawy z tego, ile trudu kosztuje mnie PRACA na terapii, codzienna walka o każdy kęs, mimo bólu brzucha czy duszy. Słowa mogli sobie wsadzić gdzieś… Ja chciałam poczuć pomoc, a nie słyszeć wyświechtane zdania…

W pewnym momencie po prostu przestałam się łudzić, że usłyszę coś innego, więc przestałam się zwierzać. Wyrzucałam wszystko na grupach, w wiadomościach do znajomych, na terapii. Mam żal do rodziny za to, jakie dzieciństwo mi stworzyła, jak hamowała rozwój SWOICH pasji, zabijała poczucie własnej wartości, a gdy pojawiła się choroba, nie wzięła jej za frak, tylko lekko pacnęła w głowę. Straciłam życie towarzyskie, siebie, plany, radość życia, wiele chwil, cudownych przyjaciół, którzy wprost powiedzieli, że choroba zabrała dawną „mnie” i nie widzą możliwości, by utrzymywać dalsze relacje. Mam potworny żal! I nie jest to żal o to, że ktoś czegoś nie potrafi, ale o to, że gdy wskazano mu błędy nie zrobił nic, by je naprawić.

Tak naprawdę w mojej rodzinie od wielu lat panuje przekonanie (kiedyś myślałam, że się zmieni, że rodzice zmęczeni chorobą zaczną coś rozumieć albo zechcą, by ktoś pomógł im zrozumieć), że to JA muszę wyzdrowieć i wszystko zależy ode mnie. Tak mi przykro, że są matki i ojcowie, którzy potrafią doszukiwać się błędów w swoich działaniach, są świadomi, że może i oni powinni coś zmienić, czują jakąś odpowiedzialność za chorobę swoich dzieci. Moi nie potrafią i nie będą – dziś to wiem. Jest tego pewien plus – już się nie zawiodę na nich pod tym kątem, bo już niczego nie oczekuję, no, może spokoju i odczepienia się w takim razie od całej mojej choroby, w której tylko wprowadzają zamieszanie, a nie pomagają. Skoro tak naprawdę jestem sama, to chciałabym, aby skończyły się te „pozory” troski i zaangażowania.

A, i żeby wspomnieć o książce, bo to między innymi ona natchnęła mnie do poruszenia tego tematu. Wertując kolejne strony, coraz bardziej przekonuję się, jak wiele szczęścia miała Kitty w swojej chorobie. Jejciu! Jej matka jest taka świadoma tego wszystkiego, co czuje chory! Że to jest demon, nieustająca walka, cholernie ciężka orka. A przy tym sama poczuwa się do winy za to, co dzieje się z Kitty. W ani jednym zdaniu nie oskarża jej o nic. Jest totalnie świadoma tego, co dzieje się z całą rodziną w trakcie choroby starszej córki, co przeżywa Emma – młodsza siostra Kitty, co myśli mąż, jak reaguje sąsiedztwo. Mimo iż często zmusza bezsilną Kitty do walki (sama bierze miecz i rani nim potwora), czego zwolennikiem nie jestem w żadnym stopniu, to jednak po części nienawidzi siebie za to, bo wie, że rani bezbronną dziewczynkę, walcząc z jej drugim „ja”. Dzieje się w niej dokładnie to samo, co w chorym – czuje powinność stawiania czoła demonowi, dlatego stosuje drastyczne schematy, z drugiej jednak strony nie potrafi pozbyć się uczucia, że krzywdzi to zdrowe oblicze chorego, prowokując jego nieznośne myśli i cierpienie. Mimo iż w takich sytuacjach dziewczyna nienawidzi jej, kiedy tylko wychodzi ze swojej „roli” opętanej nastolatki, jest kimś zupełnie innym. To do matki idzie i zwierza się z problemów, to jej ufa, choć to ona ją tak bardzo „krzywdzi”.

Jednak należy pamiętać, że pomimo optymistycznego obrazu, jaki wyłania się z tej lektury, nie ma jednego przepisu na wyzdrowienie. Jest to żmudny i długi proces. Być może ja byłabym już zdrowa, gdyby moi bliscy zajęli się chorobą wtedy, kiedy tylko się pojawiła. Miałam na to cholerną nadzieję, bo na moje szczęście szybko postawiono diagnozę. Wszystko zaprzepaszczono szybko i teraz przychodzi mi zmagać się z konsekwencjami tego. Co więc chcę przez to powiedzieć? Najważniejsza w zdrowieniu jest siła do stawienia czoła demonowi. Siłę musi posiadać sam chory, ale miło i o wiele łatwiej, gdy ma za swoimi plecami dodatkowego ochroniarza, równie silnego, zdeterminowanego i mądrego. Pozostaje tylko jeden problem. Jak ją znaleźć? Na owe pytanie nie znalazłam jeszcze odpowiedzi.

Biały kapelusik

To pierwsze spotkanie z ekranowym odbiciem Antka. Wypadałoby się przedstawić. Niestety jestem przesiąknięty własnymi przekonaniami, a nie tym co mi wypada przed oczy. Z tego względu będę się przedstawiał w każdej opowiastce po kawałeczku, tak jak uznaję to za rzetelne i odpowiednie.
Na debiutanckim wpisie zasugerowano napisać o wydarzeniu, które rzekomo było przełomowe w tworzeniu mojej osobowości. Tak twierdzi pani prezes, lecz ja nie poczuwam się do odczuwania  większej wagi kojarzonej z tym okresem. Wiem, na czym polega wypieranie krzywdzących doznań i przykrych emocji ze świadomości, żeby nadmiar mroku nie szkodził zdrowej psychice, jednak szczerze czuję, że to po prostu nie był w dłuższej perspektywie raban warty uwagi.
Moc moich punktów po otrzymaniu wyników egzaminu gimnazjalnego była miażdżąca. Mogłem pójść do każdego liceum, ale jak na razie wybrałem pójść tanecznym krokiem po chodniku w deszczowy dzień. Naprawdę padało, a my naprawdę tańczyliśmy w rytm deszczowej piosenki rozbrzmiewającej z telefonu  – ja i moi przyjaciele, w dniu ogłoszenia zwycięstwa w pierwszej pojętej przez nas bitwie. Mimo zachmurzenia wszędzie było słońce.
Zima i praca minęły, czas na lato i ogniska. Tego samego dnia wypadły urodziny jednego z nas. Jeden z nas zaprosił wielu w miejsce wiecu, gdzie… był standard wyposażenia godny mediany gimnazjalnej młodzieży. Wiec był na skraju lasu, wokoło paleniska. Z zebranymi znajomymi rozmawiało mi się dobrze, normalnie i przyjemnie. Wyczuwam potrzebę wypisania się, jak dziwne jest poprzednie zdanie. Potrzebowałbym kilku, kilkunastu linijek, ewentualnie paru stron, jak bardzo nie cierpiałem prawie wszystkich moich znajomych z tamtej ery. Potrzebowałbym przestrzeni, żeby pokazać, co to znaczy być archetypem wzorowego kujona w polskiej przeciętnej klasie gimnazjalnej.
Przestrzeń tę opiszę innym razem i zastanowię się jeszcze, skąd wynikła ta przedziwna i dynamiczna zmiana w relacjach między mną a znienawidzonymi.
Wracając do ogniska to szczęście mieli ci, którzy na imprezę znacznie się spóźnili.

Czy był alkohol i kto pił? – pierwsze pytanie zadane na komisariacie mojemu przyjacielowi. Obiecywałem mu, że o alkohol nie będą pytać. Mnie nie pytali.

W lesie, przy ognisku, byłem w białym kapelusiku. Najwyższy z gawiedzi, jak to zwykle miałem w zwyczaju, ale wychudzony i wiotki jak wysokie i liche, bezlistne drzewo. Usłyszałem potem od rodziny i znajomych, że zostałem wybrany tamtego dnia, dlatego że się wyróżniałem, choćby wizualnie. Nie mówię tu, że wyglądałem ładnie, tylko co najmniej dziwakowato.
W mojej głowie było jakieś sześć i pół miliarda różnych normalności – jako że normalność to pojęcie obiektywne, każdy człowiek ma prawo do własnej jej definicji, a to co sądzi moje otoczenie o przeciętnym modelu rówieśnika to tzw. „standard”.  Ja byłem w moim świecie najnormalniejszym człowiekiem, jeśli nawet nie jedynym normalnym. Mój kapelusik, moja chęć żartowania i śpiewania były więc usprawiedliwione, zresztą tak samo jak reszta repertuaru zachowania.
Nie zgadzam się! Niemożliwe, żeby to była wina samego kapelusika! Musi być jakieś inne wytłumaczenie, mogę być po prostu fajtłapą.

Na komisariat przyjechałem tydzień później z rodzicami. Wsparty na kulach, jakie odciążały skręconą kostkę oraz z przegrodami nosowymi wypchanymi przez usztywnienia. Laryngolog swoim wprawionym rzemiosłem uratował jedną facjatę więcej.
Dla ludzi w mundurach to był kolejny słoneczny i zapracowany dzień. Pani spisująca protokół wydawała mi się równie zaangażowana w upamiętnianie zeznania jak kasjerka naliczająca należność.

Wszedłem na dach domku. Wie pani, takiego daszku co są w lesie w [krainie obok naszej krainy] nad ławkami koło palenisk. Bo się wygłupiałem. No nie tylko ja wszedłem. I wtedy wrzasnął do nas „Wypierdalaj stamtąd, bo ci wpierdolę!”. Tak, to była groźba. Zeszliśmy. Wydaje mi się, że to byli kibice legii.

Czemu nie nazywałem ich po prawdziwym imieniu? Przecież ubliżyłem entuzjastom klubu sportowego. To nie byli kibice tylko kibole. Czemu nie użyłem prawdziwych słów? Już byłem na talerzu wszystkich dookoła. Nie miałem się czego więcej bać. I nie pamiętam strachu, ani z dnia zeznania, ani z dnia pobicia. Towarzyszyły inne myśli warunkujące inne emocje, ale czemu nie nazwałem kiboli prawidłowo?
Wracaliśmy w trójkę. Ja szedłem z tyłu. Pamiętam widok soczystej i zielonej, leśnej ścieżki, dwóch towarzyszy po bokach.
I czerń.
I chłopca. Mężczyznę? Chłopaka. W zielonej kominiarce. Ja leżałem, on tłukł mnie i kopał. Wyciągnąłem otwartą dłoń w kierunku jego oczu i krzyknąłem, żeby przestał. I przestał.
Na sekundę.
I czerń.
Odchyliłem głowę do góry i ujrzałem swojego towarzysza, uciekającego przed inną zieloną maską. Szczęście on nie wpadł w kleszcze.
I czerń.
Tata, tata-ateista, mówił potem, że to anioł przyjechał, ale ja widziałem wąsatego staruszka o pewnym wzroku. Jechał na rowerze. Starzec kazał stojącemu zostawić leżącego. I zostawił, nie wiem na jak długo i czy już w ogóle, bo znowu
czerń.
Otrząsnął mnie drugi z towarzyszy, niezraniony. Pierwszy pobiegł po resztę gawiedzi, alarmując, że czas się zbierać i wzywać pomoc. Zielonych masek ani staruszka i jego roweru już nie było. Był za to doskwierający ból w tyle czaszki, tak jakbym nie miał ani złamanego nosa, ani skręconej kostki, a jedynie potłuczoną głowę. Sprawcą był niewątpliwie drewniany słup przy którym się ocknąłem. Bądźcie przeklęte informacje turystyczne!
Coś mi zalegało w nozdrzach, a że do tej pory zwykłem dmuchać w chusteczkę w takich przypadkach, to i tym razem dmuchnąłem, logiczne. I kretynowi zaczęła lecieć krew z nosa jak z kranu woda. Logika ma wyjątki.
Czy fajtłapa? Nie czuję tego. Chcę na Ciebie drogi Człowieku, który zna moje słowa, oddać część ciężaru moich myśli. Często czuję, że rozweseleni i kolorowi ludzie nie nadają się do tego okrutnego świata z wystającymi kośćmi. Bywamy niezaadaptowani i zbędni.
Gawiedź się zebrała. Zaczęliśmy wracać, wszyscy przerażeni i niepewni, idący do najbliższych budynków jak do Ziemi Obiecanej. Kuśtykałem, jeden ze znienawidzonych chciał mi pomóc swoim ramieniem. Odmówiłem mu grzecznie. To była kwestia zachowania resztek godności. Chciałem się poczuć jak mała, walcząca, rycerska myszka, choć poszarpana i zmiażdżona. Dziś wiem, że to głupota, bo nienadwyrężanie uszkodzonej kończyny jest ważniejsze niż honorek.
Uświadamiam sobie, że o dziwo po tych faktach wielu znienawidzonych okazywało akty przyjaźni i chęci pomocy, ale wymienienia wszystkich się nie podejmę. Jeśli jesteś jednym z nich i wiesz, że o Tobie mowa, to dziękuję Ci, durniu. Przyjaciołom sprzed i po zdarzeniu dziękuję tym bardziej i tym goręcej. Przyjaciołom sprzed, a po zdarzeniu już nieznajomym, nic do nadmienienia nie mam.

Ja na stres reaguję chichotem.
– Antek nie śmiej się! To nie jest śmieszne! – przyjaciółka przywracała mnie do fasonu, kiedy na poboczu czekaliśmy na przyjazd moich rodziców albo patrolu policji. Szczerzyłem się od ucha do ucha, niewątpliwie dlatego, że chciałem zakryć szok jaki się we mnie kotłował, ale też nie gnębić smutkiem przyjaciół, jacy czuwali teraz przy mnie. Stało się nieszczęście i tego nie odwrócę. Nie odwróci tego żaden z przyjaciół ani znienawidzonych, ani żadna zielona maska. Najlepsza rzecz jaką mogłem zrobić w tamtej chwili i każdej chwili potem to być szczęśliwym. Jeden z nas, ten który ognisko wyprawił, zauważał potem ze zdziwieniem (zaimponowaniem w moim rozumieniu), że nawet nie płakałem. Rycerska myszka dostała kawałek wybornego sera.
Przyjechał ojciec. Wyczytał całą historię z mojej twarzy, z jej wyrazu i przekształcenia części, bo o niczym do tej pory nie wiedział. Pierwszy z towarzyszy, z którym szedłem leśną ścieżką, odprowadził mnie do auta i chciał pomóc choćby w dzieleniu się częścią wytłumaczenia, ale nie skończył jednego zdania, nim drzwi się za mną zatrzasnęły.
Odjechaliśmy, straciłem z widoku przyjaciół i znienawidzonych. Okazałem się beznadziejny dla wszystkich. Pierwsze ognisko lata skończyło się prędko i wszawo przez fajtłapę w białym kapelusiku, rodzina fajtłapy w białym kapelusiku ma kolejną porcję niemarginesowych problemów, fajtłapa w białym kapelusiku przechodził wakacje w usztywnieniach.
Teraz, bezpieczny, rozpłakałem się. Rozpoczęto proces adaptacji.

O sile słów „kilka”.

Siła. Słowo klucz w codziennym funkcjonowaniu fizycznym i, co szczególnie ważne dla mnie, psychicznym. Życiodajna moc, umożliwiająca poruszanie, myślenie, ale i pokonywanie osobistych słabości oraz wewnętrzną walkę z demonami i lękami. Mówi się – chęć. Chcieć=móc. BZDURA. Dla mnie nie istnieje nic ważniejszego niż siła a tuż za nią wiara, konsekwencja, determinacja. Nie cierpię słowa „chcę” lub „staram się”. Z automatu są dla mnie mało wiarygodne lub zwiastują porażkę. Nie zawsze to, że chcemy, oznacza, że mamy siłę. Nikt nie chce być chory, ale nie wszyscy mają siłę potrzebną do zdrowienia; nie wszystkim tworzy się warunki ku temu. Od 7 lat chcę pokonać anoreksję, ale zwyczajnie brakuje mi siły i konsekwencji. Coraz częściej również wiary… Smutne i prawdziwe 🙁 Wiem jedno. Dopiero kiedy odczuwam przypływ siły, mogę realizować chęci. Ale nie tak szybko. Często, zwłaszcza w przypadku anoreksji, chęci muszą zostać zepchnięte na margines. Jest tylko jedna istotna: chęć do zdrowienia, wsparta siłą do stawienia czoła demonowi. Wszystkie pozostałe można na pewien „ładny” okres odłożyć na półkę, bo zanim będziemy robić to, co chcemy (żyć normalnie, jeść kiedy i na co mamy ochotę, wychodzić na długie godziny bez planowania posiłków, jeździć całymi dniami na rolkach, …) musimy włożyć ogromną porcję wysiłku, aby dojść do momentu, w którym zobaczymy zielone światełko. Anoreksja jest jak zły policjant. Pilnuje bacznie nas i naszych pragnień nie pozwalając na nic, wszędzie stawiając znak STOP. Dla niej nie istnieje sygnalizacja świetlna. Zna tylko jedną barwę – czerwoną. Unieruchamia nas, zatrzymuje nasze życie i steruje ruchem dookoła, aż człowiek zapętli się jak w kłębku. Długo zajęło mi rozumienie, że muszę dać od siebie 1000% ponad normę i codziennie sprzeciwiać się „samej sobie”, czynić „wbrew sobie”, czyli anorektycznym myślom, zanim w ogóle zacznę realizować swoje pragnienia. Ba! Anoreksja na długo wyciszyła moje myśli, zagłuszyła marzenia, właściwie pozbawiła wszelkich potrzeb (a przy tym chęci i sił w walce o siebie). Dopiero więc zaczęłam się tak naprawdę uczyć słuchać SWOJEGO głosu, wyłapywać SWOJE myśli. Jestem jak małe dziecko, stawiam nowe kroczki w nowym życiu, uczę się wszystkiego od nowa. Mam jednak duży problem z tym, że w porównaniu z dzieckiem, nie mam już tej ciekawości świata i odwagi, bo wiem, że życie może być brutalne i boję się porażek, boję się upadać, więc i próbować. Wiem jednak, że nie mogę tak. To powoduje stanie w miejscu, a to z kolei zaś, cofanie. Nie chcę znowu utknąć w czymś. W pustce. Muszę nauczyć się upadać i wstawać. I tak do bólu, konsekwentnie. Próbować siebie, poznawać, stosować metodę prób i błędów, aby poznać prawdziwą siebie na nowo. Albo w ogóle ją poznać – bo czy kiedykolwiek ją znałam? Pragnienia zawsze tłamszone były albo przez rodzinę, albo wyszydzających znajomych, albo przez chorobę. Kierowałam się tym, co pomyślą inni, a nie ja. Wracając do siły… Ktoś kiedyś powiedział, że siła tkwi w rodzinie. O ironio! W moim przypadku to właśnie rodzina jest jedną ze słabości. Wszystkie książki i poradniki dotyczące leczenia zaburzeń odżywiania wskazują na ważną rolę bliskich w procesie zdrowienia. Wiadomo, że ich zachowania mogą być jednym z czynników, który spowodował rozwój choroby, ale także są w stanie pomóc choremu odnaleźć siłę i wsparcie. Niewielu z nich jednak chce i potrafi zaangażować się w tę bitwę. Pewnie trudno osobie zdrowej zrozumieć fakt, że ktoś pełnosprawny nie potrafi po prostu wziąć do ręki widelca i włożyć do buzi kawałek nadzianego na niego jedzenia. Myśli wtedy: nie robi tego, bo tak naprawdę nie chce. Wybuchają kłótnie i padają słowa-pociski, powodujące coraz większy bunt i frustrację w obu stronach, kumulujące stres i napięcie. I nic! Zamiast wsparcia mamy stan wojny. Niektórzy bliscy, jak w moim przypadku, stosują coś, co nazwałam terapią szokową, tzn. Nie zjadłaś = Nie chcesz wyzdrowieć, więc rób, co chcesz, mam Cię w dupie. Liczą w ten sposób, że chory „opamięta” się i z pragnienia powrotu do dawnego „ładu” rodzinnego, przekona się do zmiany postępowania. Otóż nie! Szantaż emocjonalny to bardzo zły pomysł. Choroba to choroba! Zdrowa ja w 100% wolałaby odciąć sobie rękę niż stracić bliską osobę, ale za moją „anorektyczną” wersję nie ręczę. Czasem mam wrażenie, że choroba skłoniłaby mnie nawet do zaprzedania duszy diabłu. Co wtedy czuję? Pieprzoną frustrację. Zawiodłam rodzinę, bliskich, siebie, terapeutę, ale NIE POTRAFIŁAM inaczej. Demoniczne wyrzuty podziurawiłyby moją duszę jeszcze głębiej, nie opuściłyby na krok. STOP! Ale przecież tak naprawdę ani razu nie spróbowałam zdenerwować potwora. Może to tylko wyobrażenie. Takie, jak mają dzieci, które boją się ciemności albo same wchodzić do ubikacji. Może by tak spróbować? Tak czy siak jestem nieszczęśliwa i zła na siebie. Podjęcie takiej decyzji oznacza jedno – walkę. Krwawą, opatrzoną wieloma ranami, zaciętą, długą, pochłaniającą wiele ofiar, żmudną walkę z niełatwym przeciwnikiem. Ale, ale! Do tego się dojrzewa. Do tego trzeba siły. Bez siły nie można wymagać od chorego postawienia się tak jakby „samemu sobie”… c.d.n.

Moje początki… A.

Optymistycznie. Właśnie tak chcę zacząć pisać, a właściwie dzielić się swoimi myślami ze wszystkimi, którzy na ten wpis natrafią. Dlaczego to dla mnie takie ważne? Z czystego egoizmu. Jest to jedna z wielu zmian, na lepsze oczywiście, które od jakiegoś czasu staram się wprowadzać w swoje poplątane życie. Właściwie to nawet nie życie, ale, co najmniej od 7 lat, istnienie.

Tak, to już 7 lat, od kiedy stałam się smutnym spanielem z wiecznie spuszczonym wzrokiem, tkwiącym w pułapce, z której nie potrafię się wygrzebać. Brzmi okropnie, ale jeszcze gorzej się z tym żyje. Chyba dlatego to tak bardzo mnie irytuje, ale i dlatego wciąż walczę. Patrząc na to z boku, niejeden poddałby się już, ale ja nie chcę. Ja, której wydaje się, że kiedyś wszystko się udawało.  Mam za sobą wiele wzlotów i upadków, teraz jednak chcę osiągnąć cel – zawsze irytowało mnie robienie czegoś „na pół gwizdka”. Frustrujące, jak wiele pozostało mi jeszcze do wyzwolenia z koszmaru, budujące zaś, jak wiele już za mną i jak wiele się nauczyłam o samej sobie i życiu – zwanym raczej istnieniem.

Dokładnie, istnieniem, bo do tej pory terapia uświadomiła mi na przykład to, że być może nigdy nie było kolorowo. Moja rodzina zawsze była dziwna, zniekształcona, inna – bynajmniej nie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Różnica polega na tym, że byłam dzieckiem i nie dostrzegałam pewnych rzeczy, ciągle wierzyłam też naiwnie na zmianę w najbliższych. Koniec. Teraz wymagam tylko od siebie, nie chcę zależeć od nikogo, chcę decydować sama – i zadecydowałam, że chcę zdrowieć i zbudować sobie nowy świat, ŻYCIE.

Nie odcinam się zupełnie od przeszłości, była i nic tego nie zmieni. Nie wyrzekam się rodziny, choć mam do niej wiele żalu. Chodzi po prostu o to, że bardziej ważne staje się dla mnie to, co będzie dalej i czuję po raz pierwszy, że mam na to jakiś wpływ. Pora wydorośleć – ze wszystkimi konsekwencjami, które to niesie za sobą. Podejmowanie łatwych i trudnych decyzji, winienie siebie za ewentualne niepowodzenie lub zbłądzenie, ale i duma z własnych, tylko moich osiągnięć i to wspaniałe poczucie, że potrafię coś dla siebie zrobić i pochwalić samą siebie. Taak, to zdecydowanie wymaga odwagi. Jak wiele rzeczy w życiu.

Ba! Życie wymaga odwagi, każde wstanie z łóżka, wyjście z domu, rzucenie nielubianych studiów, mówienie prawdy i… dla mnie – jedzenie. Jedzenie wymaga odwagi.

Czasem nawet miewam przebłyski optymistycznego myślenia. Wtedy na przykład zaczynam wierzyć, że jestem komuś potrzebna, że ktoś mnie lubi, że sama lubię siebie (no, może nie aż tak, ale że mogę zmieniać w sobie pewne rzeczy). To chyba głównie przez fundację, ciepło, jakie z niej bije, akceptację i potrzebę rąk do pracy. Wreszcie mam możliwość bycia częścią zespołu, zorganizowania sobie czasu, a nie leżenia pod kocem w domu, który znudził mi się już na tyle, że odkryłam w sobie zadziwiające zdolności do zasypiania na zawołanie, byle tylko nie patrzeć na ścianę naprzeciwko.

To właśnie przez fundację poznałam Kitty. Leżała na półce u terapeutki. Tzn. nie Kitty, ale książka inspirowana jej walką, właściwie to pamiętnik, napisany przez matkę dziewczyny, która spotkała na swojej drodze tego samego potwora, co ja. I tak od kilku tygodni, po trochu, poznaję historię nastolatki-anorektyczki, która, szczęściara, znalazła wyjście z tego labiryntu choroby. I jeszcze ten tytuł, tak trafnie sformułowany: „Kiedy jedzenie wymaga odwagi”. Do sedna sprawy… Przeczytałam już kilka książek, autentycznych i zmyślonych historii i szczerze mówiąc – były SŁABE. Tak, jestem wybredna, ale od lektury wymagam wiarygodności i emocji, które wzbudziła we mnie dopiero opowieść o Kitty. Przeżywam ją tak bardzo, przewracając ze strony na stronę, że nie potrafię obojętnie przemknąć przez jej rozdziały i podsumować w jednej, zwięzłej recenzji. Po każdym fragmencie muszę wyrzucić z siebie tyle myśli, ile kłębi się w mózgu maturzysty i studenta podczas sesji razem wziętych. Kurczę, dawno nic tak bardzo mnie nie poruszało. Nie poruszało tak, bym musiała o tym pisać. Nie z potrzeby bycia źródłem informacji dla moli książkowych, ani nawet z potrzeby nakłaniania lub odwodzenia od tej pozycji chorych i ich bliskich, ale z czystej potrzeby uwiecznienia gdzieś tak niezwykłych i głębokich jak dla mnie emocji. A co będzie dalej, zobaczymy…