Biały kapelusik

To pierwsze spotkanie z ekranowym odbiciem Antka. Wypadałoby się przedstawić. Niestety jestem przesiąknięty własnymi przekonaniami, a nie tym co mi wypada przed oczy. Z tego względu będę się przedstawiał w każdej opowiastce po kawałeczku, tak jak uznaję to za rzetelne i odpowiednie.
Na debiutanckim wpisie zasugerowano napisać o wydarzeniu, które rzekomo było przełomowe w tworzeniu mojej osobowości. Tak twierdzi pani prezes, lecz ja nie poczuwam się do odczuwania  większej wagi kojarzonej z tym okresem. Wiem, na czym polega wypieranie krzywdzących doznań i przykrych emocji ze świadomości, żeby nadmiar mroku nie szkodził zdrowej psychice, jednak szczerze czuję, że to po prostu nie był w dłuższej perspektywie raban warty uwagi.
Moc moich punktów po otrzymaniu wyników egzaminu gimnazjalnego była miażdżąca. Mogłem pójść do każdego liceum, ale jak na razie wybrałem pójść tanecznym krokiem po chodniku w deszczowy dzień. Naprawdę padało, a my naprawdę tańczyliśmy w rytm deszczowej piosenki rozbrzmiewającej z telefonu  – ja i moi przyjaciele, w dniu ogłoszenia zwycięstwa w pierwszej pojętej przez nas bitwie. Mimo zachmurzenia wszędzie było słońce.
Zima i praca minęły, czas na lato i ogniska. Tego samego dnia wypadły urodziny jednego z nas. Jeden z nas zaprosił wielu w miejsce wiecu, gdzie… był standard wyposażenia godny mediany gimnazjalnej młodzieży. Wiec był na skraju lasu, wokoło paleniska. Z zebranymi znajomymi rozmawiało mi się dobrze, normalnie i przyjemnie. Wyczuwam potrzebę wypisania się, jak dziwne jest poprzednie zdanie. Potrzebowałbym kilku, kilkunastu linijek, ewentualnie paru stron, jak bardzo nie cierpiałem prawie wszystkich moich znajomych z tamtej ery. Potrzebowałbym przestrzeni, żeby pokazać, co to znaczy być archetypem wzorowego kujona w polskiej przeciętnej klasie gimnazjalnej.
Przestrzeń tę opiszę innym razem i zastanowię się jeszcze, skąd wynikła ta przedziwna i dynamiczna zmiana w relacjach między mną a znienawidzonymi.
Wracając do ogniska to szczęście mieli ci, którzy na imprezę znacznie się spóźnili.

Czy był alkohol i kto pił? – pierwsze pytanie zadane na komisariacie mojemu przyjacielowi. Obiecywałem mu, że o alkohol nie będą pytać. Mnie nie pytali.

W lesie, przy ognisku, byłem w białym kapelusiku. Najwyższy z gawiedzi, jak to zwykle miałem w zwyczaju, ale wychudzony i wiotki jak wysokie i liche, bezlistne drzewo. Usłyszałem potem od rodziny i znajomych, że zostałem wybrany tamtego dnia, dlatego że się wyróżniałem, choćby wizualnie. Nie mówię tu, że wyglądałem ładnie, tylko co najmniej dziwakowato.
W mojej głowie było jakieś sześć i pół miliarda różnych normalności – jako że normalność to pojęcie obiektywne, każdy człowiek ma prawo do własnej jej definicji, a to co sądzi moje otoczenie o przeciętnym modelu rówieśnika to tzw. „standard”.  Ja byłem w moim świecie najnormalniejszym człowiekiem, jeśli nawet nie jedynym normalnym. Mój kapelusik, moja chęć żartowania i śpiewania były więc usprawiedliwione, zresztą tak samo jak reszta repertuaru zachowania.
Nie zgadzam się! Niemożliwe, żeby to była wina samego kapelusika! Musi być jakieś inne wytłumaczenie, mogę być po prostu fajtłapą.

Na komisariat przyjechałem tydzień później z rodzicami. Wsparty na kulach, jakie odciążały skręconą kostkę oraz z przegrodami nosowymi wypchanymi przez usztywnienia. Laryngolog swoim wprawionym rzemiosłem uratował jedną facjatę więcej.
Dla ludzi w mundurach to był kolejny słoneczny i zapracowany dzień. Pani spisująca protokół wydawała mi się równie zaangażowana w upamiętnianie zeznania jak kasjerka naliczająca należność.

Wszedłem na dach domku. Wie pani, takiego daszku co są w lesie w [krainie obok naszej krainy] nad ławkami koło palenisk. Bo się wygłupiałem. No nie tylko ja wszedłem. I wtedy wrzasnął do nas „Wypierdalaj stamtąd, bo ci wpierdolę!”. Tak, to była groźba. Zeszliśmy. Wydaje mi się, że to byli kibice legii.

Czemu nie nazywałem ich po prawdziwym imieniu? Przecież ubliżyłem entuzjastom klubu sportowego. To nie byli kibice tylko kibole. Czemu nie użyłem prawdziwych słów? Już byłem na talerzu wszystkich dookoła. Nie miałem się czego więcej bać. I nie pamiętam strachu, ani z dnia zeznania, ani z dnia pobicia. Towarzyszyły inne myśli warunkujące inne emocje, ale czemu nie nazwałem kiboli prawidłowo?
Wracaliśmy w trójkę. Ja szedłem z tyłu. Pamiętam widok soczystej i zielonej, leśnej ścieżki, dwóch towarzyszy po bokach.
I czerń.
I chłopca. Mężczyznę? Chłopaka. W zielonej kominiarce. Ja leżałem, on tłukł mnie i kopał. Wyciągnąłem otwartą dłoń w kierunku jego oczu i krzyknąłem, żeby przestał. I przestał.
Na sekundę.
I czerń.
Odchyliłem głowę do góry i ujrzałem swojego towarzysza, uciekającego przed inną zieloną maską. Szczęście on nie wpadł w kleszcze.
I czerń.
Tata, tata-ateista, mówił potem, że to anioł przyjechał, ale ja widziałem wąsatego staruszka o pewnym wzroku. Jechał na rowerze. Starzec kazał stojącemu zostawić leżącego. I zostawił, nie wiem na jak długo i czy już w ogóle, bo znowu
czerń.
Otrząsnął mnie drugi z towarzyszy, niezraniony. Pierwszy pobiegł po resztę gawiedzi, alarmując, że czas się zbierać i wzywać pomoc. Zielonych masek ani staruszka i jego roweru już nie było. Był za to doskwierający ból w tyle czaszki, tak jakbym nie miał ani złamanego nosa, ani skręconej kostki, a jedynie potłuczoną głowę. Sprawcą był niewątpliwie drewniany słup przy którym się ocknąłem. Bądźcie przeklęte informacje turystyczne!
Coś mi zalegało w nozdrzach, a że do tej pory zwykłem dmuchać w chusteczkę w takich przypadkach, to i tym razem dmuchnąłem, logiczne. I kretynowi zaczęła lecieć krew z nosa jak z kranu woda. Logika ma wyjątki.
Czy fajtłapa? Nie czuję tego. Chcę na Ciebie drogi Człowieku, który zna moje słowa, oddać część ciężaru moich myśli. Często czuję, że rozweseleni i kolorowi ludzie nie nadają się do tego okrutnego świata z wystającymi kośćmi. Bywamy niezaadaptowani i zbędni.
Gawiedź się zebrała. Zaczęliśmy wracać, wszyscy przerażeni i niepewni, idący do najbliższych budynków jak do Ziemi Obiecanej. Kuśtykałem, jeden ze znienawidzonych chciał mi pomóc swoim ramieniem. Odmówiłem mu grzecznie. To była kwestia zachowania resztek godności. Chciałem się poczuć jak mała, walcząca, rycerska myszka, choć poszarpana i zmiażdżona. Dziś wiem, że to głupota, bo nienadwyrężanie uszkodzonej kończyny jest ważniejsze niż honorek.
Uświadamiam sobie, że o dziwo po tych faktach wielu znienawidzonych okazywało akty przyjaźni i chęci pomocy, ale wymienienia wszystkich się nie podejmę. Jeśli jesteś jednym z nich i wiesz, że o Tobie mowa, to dziękuję Ci, durniu. Przyjaciołom sprzed i po zdarzeniu dziękuję tym bardziej i tym goręcej. Przyjaciołom sprzed, a po zdarzeniu już nieznajomym, nic do nadmienienia nie mam.

Ja na stres reaguję chichotem.
– Antek nie śmiej się! To nie jest śmieszne! – przyjaciółka przywracała mnie do fasonu, kiedy na poboczu czekaliśmy na przyjazd moich rodziców albo patrolu policji. Szczerzyłem się od ucha do ucha, niewątpliwie dlatego, że chciałem zakryć szok jaki się we mnie kotłował, ale też nie gnębić smutkiem przyjaciół, jacy czuwali teraz przy mnie. Stało się nieszczęście i tego nie odwrócę. Nie odwróci tego żaden z przyjaciół ani znienawidzonych, ani żadna zielona maska. Najlepsza rzecz jaką mogłem zrobić w tamtej chwili i każdej chwili potem to być szczęśliwym. Jeden z nas, ten który ognisko wyprawił, zauważał potem ze zdziwieniem (zaimponowaniem w moim rozumieniu), że nawet nie płakałem. Rycerska myszka dostała kawałek wybornego sera.
Przyjechał ojciec. Wyczytał całą historię z mojej twarzy, z jej wyrazu i przekształcenia części, bo o niczym do tej pory nie wiedział. Pierwszy z towarzyszy, z którym szedłem leśną ścieżką, odprowadził mnie do auta i chciał pomóc choćby w dzieleniu się częścią wytłumaczenia, ale nie skończył jednego zdania, nim drzwi się za mną zatrzasnęły.
Odjechaliśmy, straciłem z widoku przyjaciół i znienawidzonych. Okazałem się beznadziejny dla wszystkich. Pierwsze ognisko lata skończyło się prędko i wszawo przez fajtłapę w białym kapelusiku, rodzina fajtłapy w białym kapelusiku ma kolejną porcję niemarginesowych problemów, fajtłapa w białym kapelusiku przechodził wakacje w usztywnieniach.
Teraz, bezpieczny, rozpłakałem się. Rozpoczęto proces adaptacji.

O sile słów „kilka”.

Siła. Słowo klucz w codziennym funkcjonowaniu fizycznym i, co szczególnie ważne dla mnie, psychicznym. Życiodajna moc, umożliwiająca poruszanie, myślenie, ale i pokonywanie osobistych słabości oraz wewnętrzną walkę z demonami i lękami. Mówi się – chęć. Chcieć=móc. BZDURA. Dla mnie nie istnieje nic ważniejszego niż siła a tuż za nią wiara, konsekwencja, determinacja. Nie cierpię słowa „chcę” lub „staram się”. Z automatu są dla mnie mało wiarygodne lub zwiastują porażkę. Nie zawsze to, że chcemy, oznacza, że mamy siłę. Nikt nie chce być chory, ale nie wszyscy mają siłę potrzebną do zdrowienia; nie wszystkim tworzy się warunki ku temu. Od 7 lat chcę pokonać anoreksję, ale zwyczajnie brakuje mi siły i konsekwencji. Coraz częściej również wiary… Smutne i prawdziwe 🙁 Wiem jedno. Dopiero kiedy odczuwam przypływ siły, mogę realizować chęci. Ale nie tak szybko. Często, zwłaszcza w przypadku anoreksji, chęci muszą zostać zepchnięte na margines. Jest tylko jedna istotna: chęć do zdrowienia, wsparta siłą do stawienia czoła demonowi. Wszystkie pozostałe można na pewien „ładny” okres odłożyć na półkę, bo zanim będziemy robić to, co chcemy (żyć normalnie, jeść kiedy i na co mamy ochotę, wychodzić na długie godziny bez planowania posiłków, jeździć całymi dniami na rolkach, …) musimy włożyć ogromną porcję wysiłku, aby dojść do momentu, w którym zobaczymy zielone światełko. Anoreksja jest jak zły policjant. Pilnuje bacznie nas i naszych pragnień nie pozwalając na nic, wszędzie stawiając znak STOP. Dla niej nie istnieje sygnalizacja świetlna. Zna tylko jedną barwę – czerwoną. Unieruchamia nas, zatrzymuje nasze życie i steruje ruchem dookoła, aż człowiek zapętli się jak w kłębku. Długo zajęło mi rozumienie, że muszę dać od siebie 1000% ponad normę i codziennie sprzeciwiać się „samej sobie”, czynić „wbrew sobie”, czyli anorektycznym myślom, zanim w ogóle zacznę realizować swoje pragnienia. Ba! Anoreksja na długo wyciszyła moje myśli, zagłuszyła marzenia, właściwie pozbawiła wszelkich potrzeb (a przy tym chęci i sił w walce o siebie). Dopiero więc zaczęłam się tak naprawdę uczyć słuchać SWOJEGO głosu, wyłapywać SWOJE myśli. Jestem jak małe dziecko, stawiam nowe kroczki w nowym życiu, uczę się wszystkiego od nowa. Mam jednak duży problem z tym, że w porównaniu z dzieckiem, nie mam już tej ciekawości świata i odwagi, bo wiem, że życie może być brutalne i boję się porażek, boję się upadać, więc i próbować. Wiem jednak, że nie mogę tak. To powoduje stanie w miejscu, a to z kolei zaś, cofanie. Nie chcę znowu utknąć w czymś. W pustce. Muszę nauczyć się upadać i wstawać. I tak do bólu, konsekwentnie. Próbować siebie, poznawać, stosować metodę prób i błędów, aby poznać prawdziwą siebie na nowo. Albo w ogóle ją poznać – bo czy kiedykolwiek ją znałam? Pragnienia zawsze tłamszone były albo przez rodzinę, albo wyszydzających znajomych, albo przez chorobę. Kierowałam się tym, co pomyślą inni, a nie ja. Wracając do siły… Ktoś kiedyś powiedział, że siła tkwi w rodzinie. O ironio! W moim przypadku to właśnie rodzina jest jedną ze słabości. Wszystkie książki i poradniki dotyczące leczenia zaburzeń odżywiania wskazują na ważną rolę bliskich w procesie zdrowienia. Wiadomo, że ich zachowania mogą być jednym z czynników, który spowodował rozwój choroby, ale także są w stanie pomóc choremu odnaleźć siłę i wsparcie. Niewielu z nich jednak chce i potrafi zaangażować się w tę bitwę. Pewnie trudno osobie zdrowej zrozumieć fakt, że ktoś pełnosprawny nie potrafi po prostu wziąć do ręki widelca i włożyć do buzi kawałek nadzianego na niego jedzenia. Myśli wtedy: nie robi tego, bo tak naprawdę nie chce. Wybuchają kłótnie i padają słowa-pociski, powodujące coraz większy bunt i frustrację w obu stronach, kumulujące stres i napięcie. I nic! Zamiast wsparcia mamy stan wojny. Niektórzy bliscy, jak w moim przypadku, stosują coś, co nazwałam terapią szokową, tzn. Nie zjadłaś = Nie chcesz wyzdrowieć, więc rób, co chcesz, mam Cię w dupie. Liczą w ten sposób, że chory „opamięta” się i z pragnienia powrotu do dawnego „ładu” rodzinnego, przekona się do zmiany postępowania. Otóż nie! Szantaż emocjonalny to bardzo zły pomysł. Choroba to choroba! Zdrowa ja w 100% wolałaby odciąć sobie rękę niż stracić bliską osobę, ale za moją „anorektyczną” wersję nie ręczę. Czasem mam wrażenie, że choroba skłoniłaby mnie nawet do zaprzedania duszy diabłu. Co wtedy czuję? Pieprzoną frustrację. Zawiodłam rodzinę, bliskich, siebie, terapeutę, ale NIE POTRAFIŁAM inaczej. Demoniczne wyrzuty podziurawiłyby moją duszę jeszcze głębiej, nie opuściłyby na krok. STOP! Ale przecież tak naprawdę ani razu nie spróbowałam zdenerwować potwora. Może to tylko wyobrażenie. Takie, jak mają dzieci, które boją się ciemności albo same wchodzić do ubikacji. Może by tak spróbować? Tak czy siak jestem nieszczęśliwa i zła na siebie. Podjęcie takiej decyzji oznacza jedno – walkę. Krwawą, opatrzoną wieloma ranami, zaciętą, długą, pochłaniającą wiele ofiar, żmudną walkę z niełatwym przeciwnikiem. Ale, ale! Do tego się dojrzewa. Do tego trzeba siły. Bez siły nie można wymagać od chorego postawienia się tak jakby „samemu sobie”… c.d.n.

Moje początki… A.

Optymistycznie. Właśnie tak chcę zacząć pisać, a właściwie dzielić się swoimi myślami ze wszystkimi, którzy na ten wpis natrafią. Dlaczego to dla mnie takie ważne? Z czystego egoizmu. Jest to jedna z wielu zmian, na lepsze oczywiście, które od jakiegoś czasu staram się wprowadzać w swoje poplątane życie. Właściwie to nawet nie życie, ale, co najmniej od 7 lat, istnienie.

Tak, to już 7 lat, od kiedy stałam się smutnym spanielem z wiecznie spuszczonym wzrokiem, tkwiącym w pułapce, z której nie potrafię się wygrzebać. Brzmi okropnie, ale jeszcze gorzej się z tym żyje. Chyba dlatego to tak bardzo mnie irytuje, ale i dlatego wciąż walczę. Patrząc na to z boku, niejeden poddałby się już, ale ja nie chcę. Ja, której wydaje się, że kiedyś wszystko się udawało.  Mam za sobą wiele wzlotów i upadków, teraz jednak chcę osiągnąć cel – zawsze irytowało mnie robienie czegoś „na pół gwizdka”. Frustrujące, jak wiele pozostało mi jeszcze do wyzwolenia z koszmaru, budujące zaś, jak wiele już za mną i jak wiele się nauczyłam o samej sobie i życiu – zwanym raczej istnieniem.

Dokładnie, istnieniem, bo do tej pory terapia uświadomiła mi na przykład to, że być może nigdy nie było kolorowo. Moja rodzina zawsze była dziwna, zniekształcona, inna – bynajmniej nie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Różnica polega na tym, że byłam dzieckiem i nie dostrzegałam pewnych rzeczy, ciągle wierzyłam też naiwnie na zmianę w najbliższych. Koniec. Teraz wymagam tylko od siebie, nie chcę zależeć od nikogo, chcę decydować sama – i zadecydowałam, że chcę zdrowieć i zbudować sobie nowy świat, ŻYCIE.

Nie odcinam się zupełnie od przeszłości, była i nic tego nie zmieni. Nie wyrzekam się rodziny, choć mam do niej wiele żalu. Chodzi po prostu o to, że bardziej ważne staje się dla mnie to, co będzie dalej i czuję po raz pierwszy, że mam na to jakiś wpływ. Pora wydorośleć – ze wszystkimi konsekwencjami, które to niesie za sobą. Podejmowanie łatwych i trudnych decyzji, winienie siebie za ewentualne niepowodzenie lub zbłądzenie, ale i duma z własnych, tylko moich osiągnięć i to wspaniałe poczucie, że potrafię coś dla siebie zrobić i pochwalić samą siebie. Taak, to zdecydowanie wymaga odwagi. Jak wiele rzeczy w życiu.

Ba! Życie wymaga odwagi, każde wstanie z łóżka, wyjście z domu, rzucenie nielubianych studiów, mówienie prawdy i… dla mnie – jedzenie. Jedzenie wymaga odwagi.

Czasem nawet miewam przebłyski optymistycznego myślenia. Wtedy na przykład zaczynam wierzyć, że jestem komuś potrzebna, że ktoś mnie lubi, że sama lubię siebie (no, może nie aż tak, ale że mogę zmieniać w sobie pewne rzeczy). To chyba głównie przez fundację, ciepło, jakie z niej bije, akceptację i potrzebę rąk do pracy. Wreszcie mam możliwość bycia częścią zespołu, zorganizowania sobie czasu, a nie leżenia pod kocem w domu, który znudził mi się już na tyle, że odkryłam w sobie zadziwiające zdolności do zasypiania na zawołanie, byle tylko nie patrzeć na ścianę naprzeciwko.

To właśnie przez fundację poznałam Kitty. Leżała na półce u terapeutki. Tzn. nie Kitty, ale książka inspirowana jej walką, właściwie to pamiętnik, napisany przez matkę dziewczyny, która spotkała na swojej drodze tego samego potwora, co ja. I tak od kilku tygodni, po trochu, poznaję historię nastolatki-anorektyczki, która, szczęściara, znalazła wyjście z tego labiryntu choroby. I jeszcze ten tytuł, tak trafnie sformułowany: „Kiedy jedzenie wymaga odwagi”. Do sedna sprawy… Przeczytałam już kilka książek, autentycznych i zmyślonych historii i szczerze mówiąc – były SŁABE. Tak, jestem wybredna, ale od lektury wymagam wiarygodności i emocji, które wzbudziła we mnie dopiero opowieść o Kitty. Przeżywam ją tak bardzo, przewracając ze strony na stronę, że nie potrafię obojętnie przemknąć przez jej rozdziały i podsumować w jednej, zwięzłej recenzji. Po każdym fragmencie muszę wyrzucić z siebie tyle myśli, ile kłębi się w mózgu maturzysty i studenta podczas sesji razem wziętych. Kurczę, dawno nic tak bardzo mnie nie poruszało. Nie poruszało tak, bym musiała o tym pisać. Nie z potrzeby bycia źródłem informacji dla moli książkowych, ani nawet z potrzeby nakłaniania lub odwodzenia od tej pozycji chorych i ich bliskich, ale z czystej potrzeby uwiecznienia gdzieś tak niezwykłych i głębokich jak dla mnie emocji. A co będzie dalej, zobaczymy…