Postanowienia noworoczne

Czym właściwie jest postanowienie? To podjęta decyzja w jakiejś sprawie, a także cel do zrealizowania w najbliższym czasie. Typowe przykłady postanowień, które najczęściej sobie zapisujemy:

  • Do końca maja schudnę 10 kg.
  • Będę biegać 3 razy w tygodniu.
  • Nigdy więcej nie napiję się alkoholu.
  • Będę milsza.

Okej. Wyjaśnijmy sobie jeszcze termin: postanowienie noworoczne. To zwykłe postanowienie, które robimy z reguły pod koniec starego albo na początku nowego roku. Często czekamy na nowy początek czegoś, żeby zrobić coś nowego lub zmienić stare przyzwyczajenia. Marnujemy czas w oczekiwaniu na jakiś przełom, żeby podjąć nowe wyzwania, zmienić coś w życiu.
Mija kolejny rok i nic. Nasze postanowienia zostają tylko zapisane na kartce. Nic się nie zmieniło.
31 grudnia kolejnego roku postanowień siadasz przy stole z pustą kartką i piszesz, a właściwie korygujesz, postanowienia z poprzedniego roku, nie odhaczając niczego, co zostało zrobione:

  • Schudnę 15 kg. 10 kg
  • Będę biegać 3 razy raz w tygodniu.
  • Nigdy więcej nie napiję się alkoholu. Mniej
  • Będę milsza dla męża.

Minął kolejny, co? Udało się? Taaa… Jeśli byłaś zdeterminowana, to udało ci się spełnić maksymalnie jeden punkt z listy. Pewnie do marca :). Potem wszystko wróciło do „normy”. Ale spokojnie. Przed nami wiele lat! Możemy jeszcze poczekać.

To co, piszemy? No, pewnie. Rok 2017:

  • Schudnę 15 kg. 10 kg 5 kg.
  • Będę biegać 3 razy w tygodniu. raz w miesiącu.
  • Nigdy więcej nie napiję się alkoholu. Mniej po 18:00.
  • Będę milsza dla męża i dzieci.

Gramy dalej?
Nie. Koniec.
Wystarczy. Stop!
Po co to wszystko? Po co czekać na nic, żeby zrobić nic? Ja się pytam.
A teraz mam do CIEBIE prośbę. NIE LEŃ SIĘ! RUSZ SIĘ I DZIAŁAJ.

Pociągi się spóźniają…

Wyobraźmy sobie jesień. Za oknami robi się szaro, buro i ponuro. Wiatr okrada drzewa z liści, deszcz daje ukojenie zmęczonym słońcem ulicom. Siła przyciągania, jaką wytwarza łóżko w momencie brzmienia budzika jest z każdym dniem coraz większa, swetry coraz grubsze i skóra jakaś taka bledsza. Pociągi się spóźniają, „chęć życia” ulatuje na zasłużony urlop. Gdzieś na rogu ziemi, dosłownie w centrum niczego siedzi zamknięte w sobie dziwadło. Wokół niego panuje chaos, wszyscy jedzą pierogi, wymieniają się uprzejmościami, nauczyciel składa życzenia. W tle słychać kiczowato brzmiące kolędy własnej interpretacji jakiegoś słowiańskiego artysty. Nagle cały świat zaczyna wirować, krew w żyłach niemalże wre. Nadeszła pora dzielenia się opłatkiem. Przez głowę dziwadła przemykają centymetry, kilogramy, gramy, tłuszcz, brud, smród i kiła z mogiłą. Postać obiecuje sobie, że już nigdy, przenigdy nic nie zje, jak pozwoli sobie na tą opłatkową rozpustę, że już nigdy w żadnej wigilii klasowej nie weźmie udziału… I tak się dzieje, ale szkoła się w końcu kończy, a każde dziwadło opuszcza ją bez bagażu doświadczeń, bez znajomych, bez umiejętności pracy w grupie, bez wiedzy praktycznej, bez umiejętności *sic!* posługiwania się rozkładem jazdy pociągów, bo jak posiąść tę wiedzę, nie wychodząc z domu? Każda wycieczka jest przymusem zmiany godzin diety, posiłków, ilości, jakości spożywanego pokarmu…

Kiedyś dawno temu, jeszcze za ułamków, na przełomie Małego Księcia z Krzyżakami dziwadło miało postać całkiem przyzwoitej osóbki. Kiedyś razem z klasą zostało zmuszone do nauki życia poprzez niezwykle ambitne filmy edukacyjne. Jeden z nich dotyczył anoreksji. Jak wyglądał ? O czym opowiadał ? Na co zwracał uwagę ? Zaczynał się obiecująco. Na szpitalnym łóżku leżą kości owleczone skórą, obok siedzi matka. Nic nadzwyczajnego, gdyby nie spojrzeć na oczy tej matki i dziecka. Normalny człowiek wyposażony w bagaż poczucia bezpieczeństwa widzi chorobę ciała dziecka, co generalnie już jest zgubne, a obok zmartwioną kobietę i tyle. Dziwadło zobaczyło tam sposób na życie. Bo podświadomie odnalazło tam metodę, aby wzbudzić zainteresowanie, by uzyskać upragnioną miłość, a im mniejsze i kruche by się robiło, tym więcej troski dostawało. Tylko wierzyło w to zbyt długo, mimo wielu razy, w których się na nich zawiodło. Rzeczywistość była bardziej złożona. Nic od siebie nie dając – niewiele otrzymujemy i tak kończyły się wszystkie relacje. Rodzina nie tolerowała wiecznych kłamstw i odrzuceń. Dziwadło podjęło decyzję – skazało się na życie w dybach samotności. Czy cokolwiek zyskało dzięki chorobie?
Nic. Straciło wszystko.

Nie chce nikomu wmówić, że film może być anoreksjopobudliwy, nie chcę też powiedzieć, że powinniśmy w inny sposób uświadamiać o tej straszliwej chorobie. Może w końcu zoorganizujemy warsztaty samooceny, pewności siebie, poszukiwania poczucia bezpieczeństwa w sobie, nauczymy się oddzielać własne cele od cudzych i odnajdziemy jakieś fajne miejsce na ziemi, w którym już zawsze będzie lato?

Wesołych? Świąt

Kolejny rok mija. Tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu i docieramy do ostatniego – grudnia. Od kilku lat jego specyfika mnie wyjątkowo zadziwia. Jak pokrętne jest to, że świadomość wydarzeń, jakie odbywają się w tym miesiącu potrafi wywoływać tak skrajne emocje? Co więcej, te skrajne emocje pojawiają się często w jednej osobie! Nie chciałabym pisać w imieniu wszystkich chorych na anoreksję, a tym bardziej chorych na zaburzenia odżywienia. Ale… Skoro święta to czas dzielenia się, to ja postanowiłam podzielić się swoimi przemyśleniami i uczuciami – a może staną się one dla kogoś powodem do refleksji lub choćby jakąś wskazówką. Bo, o ile osoby chore, zresztą nie tylko one, potrzebują na co dzień wyrozumiałości, to w okresie świątecznym potrzeba ta osiąga swoje apogeum.

Koniec roku to swoistego rodzaju dzwonek wzywający do zrobienia osobistego podsumowania. To okropne! Ale jak oprzeć się pokusie? Człowiek zaczyna sam siebie oceniać i często dochodzi do smutnych wniosków. Tak zwykle kończy się to dla osób takich jak ja, czyli widzących szklankę do połowy pustą.

Tak więc, ten rok nie był dla mnie udany 🙁 Nie będę udawać, że jestem tym zaskoczona, bo nie. Takich cykli przeżyłam już w swoim życiu dość dużo. Właściwie, od kiedy robię podsumowanie, to rzadko jestem z czegoś zadowolona. I wiecie co? Mam poczucie, że akurat to nie jest wyolbrzymiane, tylko po prostu to fakt. Zwłaszcza od kiedy choruję na anoreksję, tkwię w wagonie jakiejś rozpędzonej kolejki z napisem „Do kitu”. To właśnie jest najgorsze. O ile czasem zdaję sobie sprawę z tego, że postrzegam coś pesymistycznie, bo taką mam naturę, ale akceptuję fakt, że ktoś może dostrzegać jakieś pozytywy, czyli istnieje jakaś iskierka dobra, to akurat w przypadku podsumowań jestem gotowa bronić swojej surowej oceny jak niepodległości!

Cóż, w tym roku nie mogę przestać myśleć przynajmniej o kilku rzeczach. Po pierwsze, tym jak rozpoczęłam „kochany” 2016. W szpitalu! Tak, właśnie tak. Jak się domyślacie, Sylwester był wystrzałowy, jak to na oddziale dla „beznadziejnych” przypadków bywa. Miały być tylko gruntowne badania, skończyło się na ucieczce przed wrednym personelem, ciętą na moją najbliższą rodzinę p. doktor i szpitalem psychiatrycznym za siedmioma górami… „Cudowność” sytuacji potęguje fakt, iż taki hojny prezent podarowała mi własna ciocia, mistrzyni knucia perfekcyjnie okrutnych planów. Jako GRATIS, tak z dobrego serca, dorzuciła jeszcze nękanie mnie opieką społeczną. Fakt, wyszłam jakoś z tych tarapatów, póki co (bo ciągle żyję w strachu, że gdy tylko znajdzie jeszcze trochę czystego zła i wolnego czasu, ruszy znów do ataku 🙁 ), ale fakt pozostaje faktem – 2 pierwsze miesiące 2016 roku spędziłam w szpitalu, przepłakując 3/4 czasu spędzonego w łóżku.

Co było dalej? Kolejnym wyzwaniem było przyjęcie do wiadomości tego, że skoro ominęłam sesję zimową, to od października muszę rozpocząć studia od nowa. Dla mnie, ambitnej i sumiennej istoty, był to kolejny cios. I kolejne wanny łez wylane już w domowym zaciszu. Wiem, wiem, pod koniec grudnia już ledwo ciągnęłam nogi po korytarzu, ale wiem, że zdałabym sesję, gdybym miała taką możliwość – i ta świadomość boli jak cholera. Czy żałuję? Cóż, nie lubiłam jakoś wyjątkowo tamtych studiów, obecne dziennikarstwo bardziej mnie pociąga, ale gdzieś w środku jest żal straconego roku i tego, że nie dane mi było podjąć własnej, świadomej decyzji. Za to mam studia płatne, co powodów do radości nie dodaje, choć przyznać muszę, że tryb zaoczny jest dla mnie z pewnością korzystniejszy.

Tak więc, pierwszy kwartał był totalną porażką. Z ciocią oczywiście nie mam kontaktu, ale wyleję trochę jadu na blogu. Nie mieści mi się w głowie, jak można być aż tak podłym, bo sposób, w jaki to załatwiła z pewnością spodobałby się Leninowi albo Mussoliniemu – czysta forma okrucieństwa. Co gorsza – psychicznego, którego macki dosięgły nawet mojego tatę i siostrę. Wiem, że dla nich też nie był to łatwy rok. Później nadszedł spadek wagi i ciągła walka o siebie. I tak cały czas. Okresy gorsze i lepsze, nic miłego. Odezwanie się do mnie mamy, nadzieja na zmianę i znów zawód! Uświadomienie sobie smutnej prawdy, że nie zmieniła się ani trochę, bolesne słowa o przeszłości, strzał nienawiści wymierzony w tatę i jego, podobno, interesowne zachowanie oraz oskarżanie mnie o niepowodzenie naszych relacji. Mówiłam sobie, że lepsza gorsza prawda niż kłamstwo i dalej tak uważam. Jestem zadowolona, że ją znam i byłam na tyle mocna, by wyrazić swoje zdanie, ale jednak gdzieś w środku czuję smutek, ogromny smutek, którego nie potrafię przezwyciężyć.

Dlaczego? Dlaczego akurat stało się to przed Świętami? W tym okresie to wszystko boli chyba najbardziej – pisałam o jego nie zawsze miłej specyfice! Najstraszniejsze jest to, że taka forma smutku (niedopuszczony do siebie w myślach i nie uzewnętrzniony) jest niebezpieczna. To przed nią drżę codziennie. Pomyślcie tylko. Wydaje Wam się, że wszystko jest ok, jakoś przeżyjecie jakiś zawód, nie wpływa to na Was jakoś drastycznie. A tu niespodzianka! W środku rozrywa Was nieświadomie, miota i rzuca emocjami o wszystkie organy i kaleczy duszę ostrym nożem. A efektem tego jest Wasze zachowanie. Dzieje się to zupełnie nieświadomie. A co mam na myśli pisząc zachowanie? W moim przypadku wniosek nasuwa się automatycznie – jedzenie.

I jak tu nie zwariować? Skąd mam wiedzieć, kiedy jest naprawdę ok, a kiedy mam być czujna? A co jeśli będę wiedziała? Chyba i tak nie będę umiała temu zapobiec. Może więc lepiej nie zakładać, że jest dobrze? W moim życiu? To jakaś ironia! No, ale tak czy siak, w akcję włącza się nieświadoma część mnie i podstępnie otula łapskami anoreksji pod przykrywką „wszystko ok”. Nim człowiek się obejrzy, tkwi już w pułapce i nie wie, jak się z niej wydostać. Zwariować idzie! Ale tak właśnie wygląda życie chorej mnie.

Są oczywiście zmiany, które pojawiły się w tym roku, związane z moją terapią. Dostrzegam, że nie pozwalam już jak kiedyś, aby ktoś mnie tak bardzo skrzywdził, ale do gotowości do poważniejszych konfrontacji daleko mi jeszcze. Cel na następny rok! Jestem na grupie, poznałam cudowne dziewczyny, które dają mi wsparcie, siłę, rady, uprzejmość i uwagę. Tata i siostra chodzą specjalnie DLA MNIE, ale co najważniejsze, coraz bardziej dla siebie, na spotkania do fundacji. W tym miejscu muszę pochwalić się sukcesem mojego taty, bo jestem z niego straaaasznie dumna: w tym roku opuścił tylko 1 spotkanie!!! Był na wszystkich 🙂 Jest kochany.

Nie myślcie jednak, że te przebłyski „dobrych” rzeczy przysłoniły moje porażki. Jest ich i z pewnością będzie jeszcze wiele. Czasem tracę nadzieję, że kiedyś zmienię wagon. Wolę nie oczekiwać od kolejnego roku czegokolwiek dobrego. Tak już mam od zawsze, wolę się miło rozczarować niż skończyć jeszcze bardziej przybitą niż zwykle, choć nie wiem, czy to możliwe… Za to oczekuję od siebie! Taaak, nadal mam z tym problem. Nie mam dla siebie litości, ubolewam nad tym i zdaję sobie sprawę, że to jest do zmiany, ale póki co nieustannie się biczuję psychicznie i czynię to, pomimo tego, że czasem sama się za to nie lubię. No bo co, jeśli ja w ten sposób się nad sobą użalam? Chcę zwrócić uwagę innych w taki, nie oszukujmy się, głupi pomysł. Chcę, żeby inni się nade mną litowali, współczuli mi. Co za idiotyzm!

No, ale wróćmy do meritum. Podsumowania. Mają różne twarze. Zanim jednak je uczynimy, jest jeszcze czas na wiele myśli, krążących w naszych głowach jeszcze szybciej i częściej w „magicznym” grudniu. Są one totalnie inne od tych, które mamy na co dzień. Czy to dobrze? Chyba tak. Każdy potrzebuje odmiany, tu też przejawia się specyfika końca roku. Jedni zastanawiają się nad tym, co kupić bliskim pod choinkę, inni – co chcieliby dostać, jeszcze inni – jak przetrwać z rodziną, a jeszcze inni – jak ogarnąć wszystko tak, by nikogo nie pominąć. Moja maszyna nakręca się już od listopada. Wraz z pojawieniem się choinek w sklepach, staję się małym dzieckiem. Oczy jak pięć złotych, śpiewanie świątecznych piosenek i… no właśnie! Niewinna radość miesza się z moją dorosłą, rozsądną stroną. Mam wrażenie, że radość, którą mam w sobie to jakiś relikt z przeszłości, gdy rzeczywiście miałam szczęśliwe święta. Takie rodzinne, u babci, z wujostwem, rodzicami, prababcią, siostrą cioteczną i rodzoną, piękną choinką, pod którą były zawsze prezenty i pysznymi potrawami, które jadłam bez wyrzutów sumienia. Kolejne dni wypełnione były odwiedzinami dalszej rodziny, w małym mieszkanku nie brakowało niczego ani nikogo. Czuć było ciepło i mój ukochany sernik z brzoskwiniami (specjalnie dla mnie 🙂 ), czasem tylko zdominowany przez aromat najwspanialszych pierogów na świecie. To był rzeczywiście magiczny czas. Nie łudzę się, że przebiegał on bez żadnych stresów czy sporów, ale z punktu widzenia dziecka wszystko było idealne. Zresztą, podziały i waśnie nie były na tyle silne, by oprzeć się bajkowej Wigilii.

Dziś, niestety, nie wyobrażam sobie, że kiedykolwiek razem zasiądziemy przy stole. Zresztą, nawet bym nie chciała. Wiem, że byłoby to udawane, bo niemożliwe jest posklejanie mojej rodziny. Coraz częściej jednak dochodzę do wniosku, że tak jest lepiej w przypadku nas – ludzi tworzących tą rodzinę. Tak wiele pomiędzy nami się stało, tak wrodzy sobie potrafimy być, jest w nas tyle żalu i smutku, zbyt pyszni i egoistyczni są niektórzy. Tylko co się wydarzyło, że tacy się stali? Kiedyś, mimo zamglonego postrzegania rzeczywistości przez dziecko, jestem pewna, że tacy nie byli. Dlatego też, przemykają mi myśli, że u nas tak po prostu musi być – drobna Wigilia, niepełna, taka dziwna. Rodzinne Święta są dla ludzi, którzy dojrzeli do tego, żeby je wspólnie celebrować – bardzo im zazdroszczę. Znam osoby, które zawsze miały malutką Wigilię, bo np. są jedynakami i nie mają dziadków. Im taka forma nie przeszkadza, bo mimo tego, jest ciepło i nie ma za czym tęsknić. Oni znają tylko taką celebrację. Osobom takim jak ja, jest chyba trudniej pogodzić się z tym, że coś zostało utracone bezpowrotnie. W kontekście mojej choroby jest to o tyle przygnębiające, że ciągnie mnie w kierunku chęci stania się znów dzieckiem, a za tym idzie podświadome tkwienie w chorobie.

Wiecie, od kiedy choruję Święta to już inny czas. Nie to, że smutny czy wesoły – po prostu inny, wzbudzający mieszane uczucia. Kilka Wigilii przed rozwodem moich rodziców i moim zdiagnozowaniem, spędziłyśmy jak zwykle u babci, ale już bez taty. Dla małego dziecka było to bardzo przykre i niezrozumiałe. Jednocześnie, nie onieśmieliłam się nigdy powiedzieć o tym mamie (zresztą nie sądzę, by ją to wzruszyło). Nie było już z nami też prababci 🙁 Później jedne święta spędziliśmy razem z babunią u nas w Warszawie. Nie było pokłóconej z mamą cioci i wujka. Byłam już chora, ale wszystko przebiegło bardzo miło, nawet z jedzeniem nie miałam problemu. Później było już tylko gorzej. Choroba nawracała ze zdwojoną siłą, a topór wojenny między rodzicami praktycznie nie był zakopywany. Ciocia, którą odwiedzałyśmy już częściej niż babcię, bo miała duży dom (babcia wpadała do niej, bo dzielił je rzut beretem), stała się moim postrachem. Wykorzystywała fakt, że się jej bałam, do tego, by szantażować mnie psychicznie i zmuszać wzrokiem bazyliszka do jedzenia wszystkiego, co tylko ona chciała. A moja mama potulnie wykonywała jej rozkazy, nakładając mi na talerze potrawy, których nie jadałam nawet przed chorobą.

Jak jesteś chory to masz ten problem, że tracisz wszelkie argumenty i wiarygodność. Nie masz prawa czegoś nie lubić, zakłada się, że czegoś unikasz. 2 lata z rzędu to u despotycznej ciotuni „odgrywaliśmy” spektakl, jaka to z nas wspaniała rodzina. Sztuczne uśmiechy do zdjęć, wszystko perfekcyjnie przygotowane – jak w katalogu, do oglądania, a nie korzystania. Wieczny stres, co jeszcze ciocia zaserwuje, ile jeszcze kawałków ciasta mi nałoży, jak będzie wyglądał obiad, a jak śniadanie i dlaczego wszyscy oprócz mnie, choć zjedli tyle samo lub mniej, mogą nie jeść kolacji, a ja, biedna 11-latka mam zmieścić jeszcze cokolwiek? Marzyłam, by wyjechać jak najszybciej i wrócić do taty, który znów został sam.

Jeden rok i kolejną kłótnię z ciocią później, poszłyśmy z mamą do mojej chrzestnej. Wigilia była niezręczna i zupełnie nierodzinna. Ale najgorsza była ta w 2013r. Do konfliktu z mamą dołączyła siostra, która, słusznie zresztą, wyprowadziła się z toksycznego domu. Na polu bitwy zostałam ja i dwóch przeciwników zacięcie walczących o pyrrusowe zwycięstwo. Tatuś jak zwykle był samotny, a ja, niejako zakładnik swojej matki, zostałam pojmana i wywieziona do miasta rodzinnego mojej babci (tak, tego wspaniałego, w którym odbywała się moja cudowna Wigilia z dzieciństwa), ale jako gość koleżanki z dawnych lat rodzicielki. Pomimo mojej wielkiej sympatii do Małgosi, czułam się przygnębiona i smutna. Świadomość tego, że sytuacja jest aż tak beznadziejna, że przyszło mi tułać się po domu obcych ludzi, podczas gdy kilka przecznic dalej Wigilię spędza moja siostra z babcią i ciocią, była okropnie bolesna. To był przełom. Przelała się czara goryczy. Pierwszy raz nie zjadłam w święta żadnej tradycyjnej potrawy, oprócz czystego barszczu. Większość czasu przespałam na materacu z psem i kotem, kilka razy rozmawiając w łazience z siostrą – tak, żeby nie denerwować mamy.

Później była już tylko Wigilia w nowym mieszkaniu, tylko z mamą. Naznaczona tym razem naszym narastającym konfliktem i moją chęcią niezależności i wypowiedzenia swoich opinii. No i Wigilia w zeszłym roku – u cioci, tym razem z tatą i siostrą, babcią i wujostwem. Ale też niemiła, znów udawana, w cieniu mojej choroby i nadchodzącego widma szpitala. Pełna wzroku i opinii wygłaszanych przez wujka, ciocię, a nawet siostrę cioteczną. Nie ukrywam też, że zalana łzami. W tym roku jak nigdy tęsknię za babunią. Nie mam z nią kontaktu, bo mieszka ona u cioci, do której boję i nie chcę się odzywać, ale wiem, że z babcią nie jest dobrze. Coraz mniej pamięta i wymaga nieustannej opieki. Boję się, że nie doczeka momentu, kiedy dojrzeję do konfrontacji z ciocią, lub po prostu niedługo mnie nie pozna. To takie przygnębiające 🙁

Jak byłam mała, razem szykowałyśmy święta. Dzieciakom dawało się do roboty siekanie sałatki jarzynowej – coś pracochłonnego i żmudnego, tak by nie kręciły się pod nogami, ale jednocześnie pomagały. Godziny spędzone w kuchni były cudowne, babcia śpiewała, recytowała wierszyki, a wszędzie rozchodziły się cudowne zapachy. Później uczyła nas lepić pierogi, ale falbankę potrafiła zrobić tylko ona! Mistrzowską! Zawsze ze wszystkim zdążyła, na nic nie narzekała, bez stresu, tylko z uśmiechem na ustach, jakby sprawiało jej to czystą przyjemność 🙂 Babciu, kto mi teraz pomoże zrobić taką falbankę?

Obiecałam siostrze, że zrobię jej domowe pierogi na święta. Teraz, gdy zostało do nich już kilka dni, moje emocje są jeszcze silniejsze. Mam pozostałości tych pozytywnych uczuć z przeszłości, wspaniałe wspomnienia. Próbuję zaczarować jakoś dom, by rzeczywiście był to wyjątkowy czas, nie dzień jak co dzień. Ubiorę choinkę, poustawiam figurki świąteczne itp. Z drugiej strony zaś, pojawia się zaduma, smutek, tęsknota, poczucie bezcelowości. Kogo ja chcę oszukać? Moje święta są zwykłe. Dla naszej trójki nie opłaca się specjalnie sprzątać, wysilać, oszukiwać kogoś, że wszystko jest piękne i magiczne. Gdzie jest granica między napinaniem się i przesadą, by było perfekcyjnie, a totalnym odpuszczaniem sobie? Mam też takie poczucie, że jeśli ja sama nie „zorganizuję” sobie tej otoczki, to rzeczywiście będzie jak zawsze, tak szaro i nijak. I nie jest to zarzut – siostra i tata są zabiegani – tylko taka skarga do losu, że dla mnie nikt nic zrobi w tym roku.

Radość czerpię z obserwowania szczęśliwych ludzi w sklepach, totalnie wciągniętych w atmosferę świąt, dzieci biegających wśród rzędów z zabawkami. Kurczę, oni mają dla kogo się szykować, mają z kim celebrować, mają komu sprawiać radość, mają przy czym się ubrudzić w kuchni, mają gdzie się wystroić. Szczególnie głupio mi, gdy pomyślę, że jestem złym, chciwym człowiekiem. Mam wokół siebie dwoje niezwykle bliskich mi ludzi, spędzę z nimi święta, na pewno się kochamy, więc powinno być ok, a jednak ja bym chciała czegoś jeszcze… Tych dawnych, rodzinnych świąt, gdy jeszcze byłam zdrowa. Tych przygotowań z babunią, tych przeróżnych prezentów i odwiedzin rodziny w mieszkanku babci. Jednocześnie mam poczucie obowiązku zorganizowania tacie i siostrze magicznych świąt. Teraz dopiero dotarło do mnie, że chcę na nich przelać swoje pragnienie. Mam nadzieję, że będzie to dla nich przyjemne, że będą się czuli choć trochę wyręczeni, odpoczną, a ja odwdzięczę się chociaż troszeczkę za to, co dla mnie na co dzień robią.

Co ważne dla mnie, jako osoby chorującej na zaburzenia odżywiania, w tym roku zupełnie nie czuję presji związanej z jedzeniem. Trochę boję się, że zwyczajnie zawiodę bliskich, gdy zobaczą, że jestem smutna (nie chcę, by pomyśleli, że to z tego powodu, że oni mnie nie uszczęśliwiają 🙁 ), ale wiem, że nie będą źli, gdy zobaczą, że nie zjem z nimi barszczu z uszkami czy makowca. Właściwie, to oni pewnie i tak zdają sobie z tego sprawę i są pogodzeni z moim sposobem jedzenia. Dla nich najważniejsze jest to, żebym z upływem czasu zdrowiała, a nie tego jednego dnia zrobiła coś wbrew sobie. W końcu ta Wigilia ma nie być traumatyczna. Zresztą, dla mnie jak i moich bliskich życie tak doświadczyło, że już chyba dojrzeliśmy do faktu, że święta to nie tylko jedzenie. Dla mnie, jako dziecka, sensem były prezenty, wspólne kolędowanie i kosztowanie ukochanych potraw, których nie ma na co dzień. Obecnie, skupiam się na tym, żeby nie płakać, spędzić czas w otoczeniu ludzi, z którymi dobrze się czuję i którzy dobrze czują się ze mną i… może trochę prezenty 😉

Pewnego rodzaju stresem, którego na pewno nie uniknę, to ten związany z gotowaniem. Jak pisałam, podjęłam się wszystkiego sama, a Ci, którzy czytali moje wcześniejsze wynurzenia, wiedzą, że nie lubię kręcić się wokół garnków i nie znoszę tkwić w zapachach jedzenia. Mam nadzieję, że przetrwam to jakoś. Do wszystkich tych, którzy mają w rodzinie osoby chorujące na zaburzenia odżywiania apeluję zaś. To nie jest dla nas łatwy czas. Wiele z nas też cierpi, patrząc na stół i chcąc sięgnąć po coś „zabronionego”. Błagam, nie wywierajcie żadnej presji, unikajcie osądzających wzroków i oczekiwań („Mam nadzieję, że chociaż w święta… – to nie jest dobry początek zdania). To wszystko powoduje stres, a stres jest czymś, z czym właśnie sobie nie radzimy. To tylko nakręca spiralę. Niech ten czas upłynie pod znakiem spokoju, ciepła, zrozumienia, wsparcia i miłości. Wobec wszystkich – i tych zdrowych, i chorych. Pamiętajcie, że w perspektywie zdrowienia i odzyskania swojego życia te kilka dni nic nie znaczy, a zniszczyć może długie wysiłki, jeśli tylko okaże się traumatyczne. Pogody ducha, zdrowia, cierpliwości i sukcesów życzę Tym, którzy dotrwali do końca tego wpisu 🙂

Zagórze

Sulejówek to najbrzydsze miasto, jakie można sobie wyobrazić. Postkomunistyczne budynki i wyrwane z kontekstu, szare blokowiska sprawiają wrażenie, jakby podróże w czasie stały się możliwe. Rozsiane po całej miejscowości niewielkie ronda mają za zadanie utrudnianie ruchu, a przejazd kolejowy naprzeciwko targu miejskiego to najgłupszy pomysł, na jaki tylko można wpaść. Zaraz obok placu targowego znajduje się złomowisko, które stało się swego rodzaju centrum miasta. Dziurawe drogi pozbawiające samochody podwozi, po których jeździ inwalida na wózku ciągnięty przez psa, nie robią już na nikim wrażenia.

Parę kilometrów dalej na wschód spokojnie żyją sobie mieszkańcy Zagórza. Odcięci paroma innymi miejscowościami od miasta niedzielnych kierowców, nie odczuwają irytacji związanych z koncertami disco polo odbywającymi się tam raz na jakiś czas. Miejsce to składa się z paru wiejskich domków, często pamiętających jeszcze Drugą Wojnę Światową, cmentarza i niewielkiego placu zabaw, z którego dzieci mogą obserwować nagrobki. Wieś, jakich w Polsce jest dużo. Przez niektórych zostałaby pewnie nazwana końcem świata. Ci ludzie nie myliliby się za bardzo.

Za lichymi płotami, mającymi już dawno za sobą lepsze czasy, daleko poza zasięgiem ludzi o zdrowym rozsądku ziemia po prostu się kończy. Wygląda to tak, jakby wiele milionów lat temu coś wygryzło w tym miejscu ogromną dziurę, pozostawiając po sobie pół wzgórza, kończącego się skarpą. Dalej nie ma nic. Dosłownie nic. Nie ma tam czasu, czy przestrzeni, stare zegarki tam wrzucone, po prostu stają, zanim jeszcze znikną z oczu byłemu właścicielowi. Rzeczy, które wpadają w dziurę, nigdy nie powracają. W swej pustce czarna otchłań zdaje się być wręcz materialna. Okoliczni mieszkańcy przyzwyczajeni do tego nieprawdopodobnego zjawiska, zaakceptowali je i zrobili z niego użytek. Jak to ludzie, zaczęli zwozić tam śmieci, by nie przepłacać za ich odbiór śmieciarzom, a i segregacja odpadła. Do tego okoliczne lasy przestały być tak zanieczyszczone, a spacerowicze mogli cieszyć się piękną pogodą bez zamartwiania się o podeszwy swoich butów. Wielka wyrwa była więc tubylcom bardzo na rękę. Nawet to, że raz na parę lat jakieś okoliczne dziecko bawiąc się za blisko skarpy, wpadło do środka i nigdy się nie odnalazło, nie zakończyło radości tych, których kieszenie odetchnęły z ulgą, przechowując parę groszy więcej.

Zdzisia nie miała w zwyczaju zastanawiać się nad tym, skąd obok jej domu wzięła się tak wielka dziura. Pełna energii siedmiolatka rzadko ma czas zawracać sobie głowę takimi szczegółami. Zwłaszcza, że mama nie była chętna do odpowiedzi na co trudniejsze pytania. Zagadnienia takie, jak czemu niebo jest niebieskie, dlaczego tęcza ma tyle kolorów w stałej kolejności, czy skąd się biorą małe pieski u sąsiada i gdzie potem znikają, gdy nikt nie patrzy, nie były mile widziane w jej domu.

Właśnie dlatego dziewczynka, która swoim wyglądem bardziej pasowałaby do opowieści o Rebece żyjącej daleko w gorącym Izraelu, niż Zdzisławie na zapyziałej, polskiej wsi, znajdowała odpowiedzi sama. Większość ludzi wie, że takie próby zwykle nie kończą się najlepiej, często niedoinformowaniem i późniejszym zdziwieniem na przykład podczas pierwszych lekcji biologii. Niewiele osób to jednak tak naprawdę obchodzi. Lepiej, żeby dzieci pasały się same i dały matkom czas na ploteczki, niż plątały się pod nogami i zadawały pytania, na które nie zna się odpowiedzi. Dopóki „to to” żyje i ma wszystkie kończyny na miejscu, jest dobrze. Grunt, żeby jakoś zdało do następnej klasy, resztą zajmie się babcia.

Brązowowłosa istotka, która tego dnia wyjątkowo swoje loczki miała upięte w kucyk, nie przejmowała się tym wszystkim. W takim wieku trudno zrozumieć świat, jeszcze gorzej jest z dorosłymi. Już dawno temu Zdzisia stwierdziła, że nie warto zamęczać mamusi swoimi pytaniami. Zwłaszcza, że można dowiedzieć się tego samemu, w o wiele ciekawszy sposób. Rezolutna dziewczynka obrała sobie za cel tajemniczą wyrwę, do której za żadne skarby świata nie można było się zbliżać. Wiadomo, im bardziej czegoś się zabrania, tym bardziej do tego ciągnie. Zwłaszcza, gdy mama jest zajęta gotowaniem obiadu.

Droga do ugryzionego pagórka zajęła Zdzisi mniej niż pięć minut. Jej wujek Wacław właśnie wrzucał do otchłani worek pełen śmieci. Dziewczynka zamarła na chwilę i rzuciła się w wysoką trawę, porastającą polanę. Wiedziała, że gdyby brat taty ją zobaczył zaraz zrobiłby karczemną awanturę i odprowadził ją do domu, gdzie nie ominęłaby jej kara. A wtedy całą wyprawę diabli by wzięli. Szlaban na telewizor do końca tygodnia i brak słodyczy odmalowały się przerażającą wizją w jej głowie. Pod srogim spojrzeniem babci mogłaby też zapomnieć o swobodzie wychodzenia na dwór. A lato było takie ciepłe.

Mężczyzna ominął jej kryjówkę i zniknął za wysokim ogrodzeniem pobliskiego domku. Siedmiolatka mogła bezpiecznie opuścić kryjówkę. Co chwila oglądając się za siebie, ostrożnie zbliżyła się do krawędzi skarpy. Była taka ciekawa! Przyjrzała się dziurze z nieukrywanym zdziwieniem. Otchłań kusiła obietnicą chwilowego schronienia przed żarem lejącym się z nieba. Nie wydawała się być tak straszna, jak opowiadali jej rodzice. Wręcz przeciwnie, wyglądała jak doskonałe schronienie przed całym złem tego świata. Wystawiła rączki w stronę ziejącej pustki, która swoimi nierzeczywistymi, czarnymi mackami, otoczyła jej maleńkie nadgarstki jak całun, pokrywając je czernią. Zdzisia uśmiechnęła się wesoło, ukazując ubytki w mleczakach. Chciała być tylko trochę bliżej tej niesamowitej substancji. Zrobiła jeszcze jeden mały kroczek w stronę dziury i nagle ziemia osunęła się jej spod nóg. Bez najmniejszego szmeru wpadła w cichą otchłań, która zamknęła się nad nią, ukrywając przed światem to, o czym nikt nie miał prawa się nigdy dowiedzieć. Chwilę później kolejny sąsiad przyszedł, by wyrzucić swoje odpadki.

Po tym zdarzeniu ludzie przez parę dni byli trochę niespokojni. Matka zaginionej dziewczynki szalała z rozpaczy, a ojciec rozwiesił po okolicy plakaty z jej zdjęciami. Każdy doskonale wiedział, co stało się z córką młodej pary. Nikt nie miał jednak odwagi wypowiedzieć tego na głos. Jak zwykle użyteczność wyrwy pokonała wszelkie przeciwności i po paru miesiącach już prawie nie pamiętano o strasznym wypadku. Mieszkańcy jak dawniej pozbywali się tam śmieci, a rodzina małej Zdzisi wyniosła się ze wsi. Zagórze znów stało się leniwym miasteczkiem, w którym dzieci same latają po podwórku. I miało takie pozostać aż do kolejnego incydentu.

 

BEZ

Znacie kogoś, kto „przykleił się” do jakiegoś słowa? Albo to raczej słowo „przykleiło się” do niego? Zazwyczaj jest to od razu zauważalne i dość denerwujące. Na przykład wielu ludzi po każdym wypowiedzianym zdaniu dodaje „no nie?”, tak, jakby szukali potwierdzenia. Inni zaś używają jako przecinka słowa „no”. Ostatnio właśnie, zupełnie przez przypadek, siedząc jak zwykle na kanapie i szukając usprawiedliwienia dla swojego lenistwa, postanowiłam zafundować sobie osobistą lekcję filozofii. O ironio! Jest to jeden z wykładów, na których nie byłam ani razu od kiedy rozpoczęłam studia. I to nie dlatego (jak w przypadku kilku innych), że są w konflikcie z godziną moich posiłków (typowy problem osoby z zaburzeniami odżywiania) czy odbywają się późno i i tak spałabym na nich (owszem, 6 godzin na uczelni to dla mojego organizmu wystarczający wysiłek, więcej na 1 raz nie pociągnę 🙁 ), ale dlatego, że filozofia brzmi dla mnie arcyokropnie. Podpisuję się pod zasadą – nie oceniaj niczego, a zwłaszcza nikogo!, po pozorach, ale od każdej przecież są wyjątki. Postanowiłam już dawno, że filozofia będzie moim. I jeszcze jedna dygresja, nie myślcie, że wyniosłam to ze swojego „idealnego, świecącego przykładem” domu. Tego nauczyła mnie anoreksja.

Paradoks polega na tym, że im bardziej sama przywiązywałam uwagę do swojego wyglądu, a raczej tuszy, (chociaż wtajemniczeni wiedzą, że to nie o to tak naprawdę chodzi), tym bardziej odkrywałam, że nie ma ona dla mnie ŻADNEGO znaczenia w ocenie innych osób. Zresztą, tak, jak napisałam, to nie superwygląd jest celem samym w sobie. Właściwie to im bardziej wplątywałam się w anoreksję, tym mniej chciało mi się na siebie patrzeć. Czułam bezsilność patrząc w lustro. Co zrobić, by wyglądać lepiej, a nie jak kościotrup (nie, nie jestem ślepa i widzę kości wystające na mojej twarzy, podkrążone oczy, bladą, cerę i ostatnie dwa włoski na głowie), ale nie musieć jeść? Dlaczego?

Bo jedzenie to czynność, którą znienawidziłam. Miałam ochotę pstryknąć palcami i w momencie przybrać kilka kilogramów, ale bez konieczności jedzenia, bo budziło we mnie skrajne emocje. Znienawidziłam gotować, wąchać , oglądać – robić wszystko to, co robi większość osób odmawiających sobie jedzenia, w tym kiedyś i ja. Kojarzyło mi się to z traumą, było równie „niemiłe” jak szczepionka dla małego dziecka.

Wrócę jednak do tematu początkowego, bo chyba zbyt daleko od niego odbiegłam. Ale to przez to, że mam mnóstwo przemyśleń na temat wszystkiego, o czym piszę. Dawno niczym się nie dzieliłam na blogu, więc jest tego trochę w moim „schoweczku”. Ale o studiach, „idealnej” rodzinie i zmianach u mnie będzie nieco w kolejnych wynurzeniach. Tak więc, moja lekcja filozofii doprowadziła mnie do zaskakującego wniosku. Otóż istnieją słowa, które „wślizgują” się w nasze wypowiedzi praktycznie niezauważalne. Dlatego też nie denerwują nas tak bardzo i nie zwracamy na nie uwagi. No, ok! W czym więc problem? Ważne, żeby przekazać sens wypowiedzi. Niby tak, ale co, jeżeli zamiast oddziaływać na nas bezpośrednio (np. właśnie denerwując nas), podświadomie czynią nas jakimiś? Już tłumaczę, o co mi chodzi. Podświadomość, będąca dla człowieka totalną zagadką, jest w moim przekonaniu tak skomplikowanym obszarem, że budzi mój lęk. Mogę sobie obiecać, że będę miała pozytywne nastawienie do życia, nastroję się optymistycznie na coś, ale moja podświadomość może spłatać mi figla. Wolę z nią nie zadzierać, ale też jest dla mnie tak obca, że nie wiem, co robić aby jej nie rozzłościć. W moim przypadku, każdy numer, jaki może mi wywinąć, jest związany z chorobą, nasilonym atakiem anoreksji sprzymierzonej z depresją i malkontenctwem. Takie moje prywatne „państwa Osi”. W przeciwieństwie do mnie, one dokładnie wiedzą, jak manipulować podświadomością. Ich atak, choć czasem sprowokowany niechcący przeze mnie, jest nieoczekiwany i agresywny, dlatego też tak bardzo się go boję. W starożytnej Grecji określiłabym to tak: Nie boję się tego, na co sama mam wpływ, ale tego, co przygotował dla mnie nieznany los.”.

Na tej podstawie właśnie mogą działać na nas niektóre słowa. Ja złapałam się na tym, choć prawda jest taka, że dotyczy to większości ludzi, że ciągle używam słowa „bez”. Wprawiło mnie to w osłupienie. Dlaczego? Otóż dlatego, że moja pesymistyczna natura wszczęła alarm. „Halo! Musisz być cholernie nieszczęśliwą osobą, skoro cały czas czegoś Ci brakuje! Ty pechowcu!”. No, bo któż nie zgodzi się ze stwierdzeniem, że „bez” oznacza jakiś brak. Teraz przyznajcie, proszę, że „bez” jest również Waszym codziennym towarzyszem. A teraz możecie zaprzeczyć, a nawet powinniście: „bez” jest słowem negatywnym. Oooo… tak. O tym od razu pomyślałam. Moje czarne myśli powędrowały w kierunku straty, tęsknoty itp. Ale dlaczego? Po pierwsze, wiem, że nie można mieć wszystkiego i muszę się z tym pogodzić, a nie tupać nóżką jak małe dziecko, dopóki czegoś nie dostanę. Po drugie, przecież ja nie chcę wszystkiego, obecnie to chcę właściwie tylko jednego. ZDROWIA! No, a oprócz tego, możemy nie mieć wszystkich rzeczy negatywnych – i wtedy będzie pozytywnie! (Jeeej, co za odkrycie;))

Tak też doszłam do wniosku, że „bez” nie jest takie złe, jak mi się wydawało i postanowiłam dać mu szansę. Od lat wierny towarzysz mojego życia, tworzący idealną parę z „nadzieją”, ojciec tzw. „beznadziei”. Od kiedy tylko choruję, mam wrażenie, że definiuje ona wszystko, co wydarza się wokół mnie, ale też dzieje się ze mną. Moje całe życie od tych 7 lat opisać można tym jednym słowem, bo poza tym, jest ono puste. Nie zrobiłam niczego ważnego, nie rozwinęłam się tak, jakbym chciała, nie spełniłam żadnego marzenia, żadnego nowego też nie stworzyłam, nie poznałam ani siebie, ani żadnych interesujących ludzi, nie zrobiłam niczego, aby wyglądać lub czuć się lepiej (wierzcie mi, bardzo chciałam, ale po prostu nie wyszło), nie stałam się dla nikogo szczególnie ważna, a przede wszystkim nie wyzdrowiałam.

Mam poczucie, że do pewnego momentu w moim życiu wszystko było tak, jak sobie zaplanowałam albo przynajmniej tak, jakbym chciała sobie zaplanować. Wiecie, nie planowałam mieć super prababci. Nie zaprogramowałam się na to, żeby mieć fajnych znajomych od czasów przedszkola. A jednak… tak się stało. Później weszło to na wyższy poziom. Brałam sprawy w swoje ręce: założyłam sobie, że zajmę wysokie miejsce w konkursie i tak było, że skończę szkołę z czerwonym paskiem – i tak było, że spędzę miło dzień – i też tak było! Czasem nawet współczułam innym, że tak nie potrafią. Hmmm… co za szczęściara! Myślicie? Ja, patrząc na to z boku, też. Ale ponieważ totalnie „z boku” nie jestem, to wiem, że to tylko złudzenie.

Tak naprawdę te rzeczy, na które miałam wpływ, rekompensowały mi porażki w realizowaniu ukrytych, podświadomych pragnień. (! już coś wspominałam Wam o niebezpiecznej podświadomości, ha?) Nie miałam cudownego domu (mimo iż kompletny, z pozoru normalny), nie miałam poczucia bezpieczeństwa, pełnej akceptacji mojego wyglądu, nie realizowałam marzeń (ale jako mała dziewczynka żyłam w przekonaniu, że na ich realizację mam jeszcze czas i na pewno kiedyś on nadejdzie). Teraz, choć nadal młoda, wiem, że wszystko może się szybko skończyć (tego nauczyła mnie choroba) i nie chcę z niczym czekać. Chcę czuć, że ciągle się coś zmenia, rozwijam się, sama potrafię zaspokoić niektóre swoje potrzeby, jestem samodzielna, umiem czegoś dokonać, moje życie nie jest totalnie zależne od innych. Sprzeciwiam się monotonni i stawianiu swoich potrzeb gdzieś na końcu szeregu. Do tej pory było tylko rozpamiętywanie przeszłości, myślenie: gdybym nie była chora, to…

Ale jestem! Nie, nie planowałam tego! Stało się, ale to będzie jedna z tych rzeczy, które,daj Boże, odkręcę. Każde zdanie zaczynałam od: Jak wyzdrowieję… Nie! Jestem zmęczona odkładaniem wszystkiego, stawianiem sobie warunków, jakby to, co chcę zrobić miało być nagrodą otrzymaną jedynie wtedy, kiedy pokonam anoreksję. Nie jestem dzieckiem, które dostanie lizaka tylko wtedy, gdy będzie grzeczne. TY OBRZYDLIWA MAŁPO, nie powstrzymasz mnie przed działaniem. Nie zostanę w twoich sidłach i nie będziesz ustawiała mi hierarchii. To, że ciągle szepczesz mi do ucha, nie znaczy, że nie mogę cię zagłuszać, aż to tobie znudzi się bycie wredną i poczujesz, się niepotrzebna i bezskuteczna, beznadziejna, tak, jak ja przez ciebie. Dobrze wiesz, że walka z tobą jest trudna, dlatego ciągle każesz mi czekać aż wyzdrowieję, żeby zacząć ŻYĆ. Masz nadzieję, że będziesz mnie tak mamić obietnicą, że to kiedyś nadejdzie, jednocześnie zadając cios za każdym razem, gdy czuję frustrację i ograniczenie wynikające z choroby? Że będziesz ze mną na zawsze, BEZ końca? (Strach ogarnia mnie na samą myśl o tym, a palce nie chcą wystukać słów na klawiaturze).

Wiem, nie wszystko mogę zrobić BEZ wyzdrowienia, ale są rzeczy, które mogę, a nawet powinnam. Tak bardzo czuję się samotna. Nie mam żadnej paczki znajomych, tkwię w domu, zupełnie niepotrzebna. W moich snach często pojawiają się znajomi z dzieciństwa, budzę się i znów… pustka. Miesiąc temu odważyłam się napisać do przyjaciółki, takiej prawdziwej, z gimnazjum. M., zawsze dziwiłam się, że chcesz się ze mną przyjaźnić. Zresztą, nadal trudno mi uwierzyć w to, że ktokolwiek mógłby tego chcieć. Ty jednak polubiłaś mnie BEZ względu na wszystko. Uwierzcie, było zimne październikowe popołudnie, spędziłam 5 godzin na uczelni (z czego 2,5 było zmarnowane na wykład, który odwołano), a ja poszłam, żeby w końcu się z Tobą zobaczyć. Poszłam z duszą na ramieniu – „Co powie jak mnie zobaczy?”. „Może spotyka się tylko po to, żeby definitywnie się pożegnać?”. Miałam podstawy tak sądzić, bo jedną przyjaciółkę już straciłam. Tak, przez anoreksję! To jej wina! I nie mam jej tego za złe (tzn. przyjaciółce). Sama nie zniosłabym takiego dystansu, jaki między nami powstał, braku spontaniczności, mojej wiecznie skwaszonej miny, wyalienowania. M. czekała na mnie, taka jak kiedyś, moja przyjaciółka. Zaczęłyśmy rozmawiać i jakoś poszło. Nie było zupełnie „luźno”, ale takie jedno, zwykłe, krótkie spotkanie (M jest dość zajętą osobą) wystarczyło, aby poprawić mi humor i rozjaśnić pochmurny i nudny dzień.

Po co o tym piszę? Po pierwsze, dlatego, że tego dnia odkryłam, że nawet jeśli mi się nie chce, to warto czasem spróbować, bo może okazać się tym, czego potrzebuję. Tego dnia pokonałam chytrą podświadomość 🙂 Po drugie, aby pokazać, że człowiek sam naprawdę może siebie nie znać (choć wiem, że moja wiedza na temat samej siebie leży i kwiczy, to jednak nie sądziłam, że do takiego stopnia nie potrafię określić czego tu i teraz potrzebuję, na co mam ochotę, a na co nie 🙁 ). Jest też trzeci powód – alegoria. Może z tym dniem, z tą jedną niedzielą, jest tak jak z moim życiem? Mimo iż w połowie totalnie BEZnadziejne, to druga połowa nadal może okazać się czegoś warta, ale to ja podejmuję decyzję.

Tak więc, ostatnio, natchniona jak zwykle snem, odezwałam się do mojej ostatniej deski ratunku. W swoim życiu miałam kilku znajomych, ale tylko 4 prawdziwe przyjaciółki. K. znam od przedszkola. Jej blok widać z mojego balkonu. Spędziłyśmy razem liczne godziny jako smarkule. Siedziałyśmy w jednej ławce w podstawówce, a popołudniami plątałyśmy się po osiedlu. Chodziłyśmy do tego samego gimnazjum, na lekcje j. angielskiego, byłyśmy na wspólnych koloniach. Wyobrażałam sobie, że gdy dorośniemy, będziemy razem wynajmować domki letniskowe na lato i jeździć tam z paczką. Posiadając dowody osobiste w portfelach i niezależność od rodziców, pojedziemy razem na narty, będziemy szaleć w dyskotekach, na naszych osiemnastkach. Będzie taką moją towarzyszką doli i niedoli. To z nią i naszą gromadą zrealizuję marzenia o podróżach,(sama bałam się trochę wyjeżdżać, a z rodziną to już żadna atrakcja w pewnym wieku), to ona doradzi w sprawach sercowych i to z nią będę malować paznokcie, pić wino i jeść lody oglądając Bridget Jones na piżama party.

Odezwanie się przyszło mi z wielkim trudem. Miałam te same wątpliwości, które krążyły przed spotkaniem z M. Bałam się, że K. może mieć już dosyć tego, że „przypominałam” sobie o niej od czasu d czasu i zrywałam kontakt. Przypomniałam sobie jednak jej słowa, które wypowiedziała w dniu moich ostatnich urodzin, kiedy to rozmawiałyśmy. Tłumaczyłam jej ze łzami w oczach, starając się jednocześnie utrzymać wesoły głos w słuchawce, że nie odzywałam się, bo było mi po prostu wstyd. Wstyd ze względu na to, jak wyglądam, jak pokażę się jej, jej rodzicom, znajomym z gimnazjum, z którymi tworzy obecnie wspaniałą paczkę. Myślałam, że pęknie mi serce, gdy zdradziła, że widząc mnie zimą na pętli autobusowej przeraziła się. Było mi tak strasznie głupio i wstyd. Ona na prawdę się martwiła! Pewnie zastanawiała się: Gdzie jest ta dawna Ada? I szybko odpowiedziała sobie w myślach: Chyba odeszła na zawsze, jest już stracona.

Teraz też płaczę. Piszę o tym i nie potrafię powstrzymać łez. Mam ochotę ją za to przeprosić. Żal mi tych wszystkich lat, które straciłam chorując i alienując się w domu, podczas gdy K przeżywała swoje prawdziwe „nastoletnie” chwile. Czy będzie chciała mnie w swojej grupie? Czy nie będzie się mnie wstydzić? A może będzie się ze mną kolegować, ale nie pokonamy dystansu między nami i nie nadrobimy tych straconych lat. Nie będę rozumiała grupowych żartów, nawiązujących do śmiesznych sytuacji z ich wspólnie spędzonych chwil, nie będę kimś, z kim będą się czuli swobodnie. Znowu naszły mnie te same myśli. I choć nie chcę o sobie myśleć jak o kimś, kogo nie polubiłabym za żadne skarby, kimś, kto odpycha ludzi i ich nie lubi (choć tak wcale nie jest, ja po prostu nie chcę się narzucać, nie umiem jeszcze poznawać ludzi, bo ten etap mnie ominął), to zbyt dużym wyzwaniem wydaje mi się obecnie zmiana sposobu myślenia o sobie.

Właśnie przed tym uciekłam w anoreksję. Przed osądem innych, przed ewentualnym skrzywdzeniem przez kogoś. Uniknęłam skutecznie kontaktu z otoczeniem. Pozorny parasol bezpieczeństwa okazał się jednak dziurawy. Tracąc coraz bardziej na wadze, skazywałam się na ostre spojrzenia przechodniów, nieuczciwe oceny lekarzy pozbawionych empatii lub wiedzy na temat przyczyn choroby (o! modelką się zachciało być!). Poza tym, stojąc pod owym parasolem porządnie przemokłam. Właściwie to, po tylu latach, już tonęłam. Tonęłam w rozpaczy i samotności. Dlaczego w ogóle go rozłożyłam? A! No i dochodzimy do miejsca, w którym znów była to podstępna podświadomość. Dom. To w nim nauczyłam się, że na wszystko trzeba zasłużyć,nawet na miłość. Że człowiek ciągle jest oceniany, a o jego wartości świadczą tylko jego osiągnięcia. Kto więc chciałby się narażać? Byłam już zmęczona nieustannym działaniem. Potrzebowałam chwili oddechu w codziennym zabieganiu o dumę rodziców, o bycie zauważoną. Wygodniej było unikać oceny. Szkoda, że ta „chwila” trwa już 7 lat 🙁 .

Podczas naszej rozmowy K. dodała, że nie musiałam się wstydzić, bo jesteśmy dorosłymi ludźmi i ona rozumie, że jestem chora. Po pół roku wciąż dzwonią mi w głowie te słowa, ale dopiero teraz rozumiem ich znaczenie jako przekaz, żeby nie odkładać życia „na później” i zaproszenie do odnowienia jakichś kontaktów. Tak po prostu, BEZinteresownie (bo ja na razie nie mogę niestety nikomu nic zaoferować oprócz siebie, a to raczej mało ciekawe). Nie musiałam sobie na to zasłużyć, a właściwie nie zasłużyłam, a jednak… Moja długoletnia przyjaciółka, taka pozytywna dusza. Zawsze, nie żartuję!, uśmiechnięta i optymistyczna. Dziękuję, że jesteś takim promyczkiem dla wszystkich dookoła siebie i że mogę wspominać twój uśmiech wtedy, kiedy jest mi smutno.

Jedna uwaga! Kiedy w moim życiu było naprawdę ciemno i BEZsilność rozrywała mnie od środka nie potrafiłam zupełnie odnaleźć sensu życia. Taki BEZsens. BEZ sensu wydawało mi się robienie czegokolwiek, czułam BEZustanną frustrację. I choć chciałabym napisać receptę na to, jak się ogarnąć, to, mimo iż, ten pesymizm trochę odpuścił ostatnio, to nie potrafię doradzić dlaczego. Każdego wieczora kładę się do łóżka ze strachem, że jutro on powróci. A ja chcę żyć BEZ strachu. Z poczuciem całkowitego wpływu na siebie i swoje życie (nie mylić z kontrolą). Nauczyć się, że nie da się przebrnąć przez świat BEZbłędnie i pozwolić sobie na te błędy. Wyciągać z nich wnioski i naprawiać to, co zepsute. Wtedy też idziemy do przodu, uczymy się czego, rozwijamy się. Najgorsza jest stagnacja. Właściwie, dopóki czegoś nie spróbujesz nie wiesz, czy będzie to porażką czy sukcesem. NIE WIESZ. A ja wolę wiedzieć! Ja chcę wiedzieć, jakie są skutki! W ogóle, od zawsze chcę wiedzieć wszystko, czego można się dowiedzieć i korzystam z każdej okazji, żeby wiedzę zdobywać. Zamiast oglądać bzdurne seriale (choć umówmy się, że czasem każdy tego potrzebuje), czytam książki i informacje ze świata. Rozwiązuję krzyżówki i sprawdzam każde słowo, którego nie znam, oglądam teleturnieje, a słuchając piosenki wsłuchuję się w jej słowa i tłumaczę na polski :). Życie BEZ próbowania, które miało pozornie chronić, zabija mnie wewnętrznie. Mechanizm nakręca się sam. Pojawia się frustracja, brak postępu i poczucie BEZnadziejności, tkwienia w miejscu, w dodatku niewłaściwym. W jakimś niewygodnym kombinezonie, który gryzie, ale może jednak jest wygodniejszy niż to, co miałabym nosić zamiast niego. Nie! Jeśli jest niewygodny, to nie chcę go nosić. I będę zmieniać te kombinezony, dopóki nie znajdę wymarzonego. c.d.n.

Żegnaj Kitty cz. 2

Na kartce spisałam swoje przemyślenia i usiadłam do pisania notatki na bloga. Nie z obowiązku, ale potrzeby. Nie chciałam trzymać w sobie tych emocji. Do tego jeszcze wcześniejsza wizyta u psychiatry i tak jakoś wyszło…

Ok, trochę „suchej” recenzji też będzie, ale krótko, bo nie lubię za bardzo tego robić. Oprócz tego, co przy okazji udało mi się opisać już wcześniej, podoba mi się, jak umiejętnie Brown potrafi zburzyć typowy mur „pisarz-czytelnik” i wciągnąć do swojego świata, stać się nam bliska. A mnie już szczególnie. Chyba przez to, że jej mąż trochę przypomina mojego tatę. Jest zagubiony, wycofany, łatwiej pobłaża Kitty, nie reaguje aż tak emocjonalnie i nie przeżywa wszystkiego jak matka. To dobre podejście. Co prawda, jest on mniej poinformowany odnośnie samej choroby, nie jest aż tak bezlitosny dla demona, ale czasem to lepiej. Widzi też człowieka, a nie tylko „anoreksję-potwora”. Wie, że  musi pokonać demona, ale mieszkającego w ciałku jego córki, które w starciu z rodzicem bezlitośnie i niewinnie ucierpi, nie wspominając o duszy. Może również wynika to z braku sił, a nie rozumienia istoty problemu, ale ważne są skutki. Ten człowiek walczy, ale nie za wszelką cenę i nie z wiatrakami. Daje odpocząć i sobie, i Kitty – przynajmniej ciału, bo nie potrafi dać ukojenia duszy. Z drugiej strony poraża jego cierpliwość i opanowanie. Godzinami! potrafi uspokajać Kitty po kolacji czy w momencie załamania.

Matka przesadza czasem w drugą stronę. Denerwuje się przy dziewczynce – a to z własnej autopsji wiem, że nie pomaga. Chory czuje się jeszcze bardziej beznadziejnie. JAKBY NIE POTRAFIŁ ZROBIĆ NIC- zawodził bliskich i samego siebie, nie stanowił żadnego powodu do dumy dla rodziców. Ot, taka zakała rodziny. Ponadto, wszystkie zmiany nastroju Kitty wiąże z kwestią wagi. Tak jakby człowiek, a zwłaszcza dojrzewająca nastolatka, nie miała prawa do złości czy buntu albo radości. Według niej, pogorszony humor wynika ze spadku masy ciała, a lepszy z jej wzrostu. Ok, osoby ze znaczną niedowagą często są osowiałe, przygnębione i depresyjne, ale każdemu, nawet zdrowemu człowieku zdarza się mieć różne humory.

Co do zakończenia, to sama długo myślałam nad tym, co napisać. Z jednej strony byłam przekonana, że historia kończy się happy endem. Świadczyły o tym nazwy rozdziałów. Z drugiej zaś, przecież cały czas podkreślałam, że jest taka autentyczna. Wiem, jedno drugiego nie wyklucza. Na szczęście:)! Ale chodzi o to, że tak wielce zachwalana przez Brown metoda wcale nie musi być taka super. Zwłaszcza, czego nie ukrywa autorka, w przypadku dorosłych dzieci. W terapii FBT ważne jest zaangażowanie całej rodziny. Nie każdy ma takie szczęście, więc metoda ma dość wyraźne kryteria, co do tego, kto może z niej skorzystać. Moim zdaniem, czy FBT czy nie, fajnie mieć wsparcie.

Poza tym, jak to zwłaszcza w medycynie bywa, nie ma jednego doskonałego przepisu na wyzdrowienie. Leki zwykle działają tak samo- ale to syropy na kaszel czy tabletki przeciwbólowe. Jeśli chodzi o „wyższe” cele, to każdy organizm jest zupełnie inny. Dwie osoby w podobnej sytuacji, stosujące tę samą terapię i leki, mogą osiągnąć zupełnie inny efekty. Dochodzi do tego charakter osoby, przeszłość, motywacja, wspomniane wsparcie, życie codzienne, budowa organizmu i jego reakcje na leczenie, samozaparcie itp. W FBT nie podoba mi się to „zmuszanie” do jedzenia. Jest to groźne ze względu na to, że, tak jak w przypadku Kitty, kontrola trwała zbyt długo i gdy dziewczyna wyjechała na studia nie poradziła sobie sama. W pewnym momencie człowiek sam musi zacząć brać odpowiedzialność za swoje czyny i stawić czoła potworowi. Ok, niech będzie to po jakimś czasie kontroli najbliższych, gdy człowiek jest silniejszy, ale nie można wiecznie liczyć na to, że będzie kogo obarczyć winą za swoje wyrzuty sumienia i tłumaczyć je w swojej głowie nadzorem rodzicielskim. Kitty powinna zdecydowania sama pokierować sobą jeszcze będąc w domu, a nie dopiero poza nim.

Wracając do happy endu. Chciałam go dla Kitty, bo polubiłam tą bohaterkę. Kibicowałam jej po tym, co przeszła walcząc z demonem. Tylko czy nie byłoby to wtedy według mnie zbyt bajkowe? Chciałabym, żeby istniały takie zakończenia. Może i tak. Ważne, że jest lepiej i wierzę, że będzie jeszcze. Teraz postaram się sama osiągnąć swój cel, ale nie zapomnę o tej dziewczynie i z ciekawości będę sprawdzać, na ile to możliwe, jak tam jej losy. Podsumowując, książka Brown nie może być na pewno żadnym przewodnikiem, jedynie pomocą w zrozumieniu świata chorego i jego bliskich. Tak nawzajem -czyli książka dla wszystkich. Również dla tych, którzy o anoreksji nie wiedzą zbyt wiele. Ci, którzy wiedzą mało, ale uważają się za specjalistów, ponieważ przeczytali artykuł w internecie i tak nie sięgną po tą książkę, bo uważają, że nie potrzebują. Jest ona także doskonałym wsparciem. Daje poczucie zrozumienia, współistnienia w cierpieniu, wsparcia, nadziei, ducha walki. Szczerze tak uważam. Polecam z czystym sumieniem!

Pełna optymizmu

Pani Anita to sympatyczna, pełna optymizmu dwudziestolatka, która właśnie przygotowuje się do matury. Od pięciu lat walczy ze schizofrenią i będącą jej następstwem – depresją. Choć bywało różnie, to ostatni rok uważa zdecydowanie za swoją wygraną z chorobą. Anita chce na własnym przykładzie pokazać, że dzięki dobrze dobranym lekom, systematyczności w ich przyjmowaniu i wsparciu najbliższych, można pokonać trudności psychiczne, cieszyć się życiem i planować szczęśliwą przyszłość. Anita mieszka w małej, spokojnej wsi w województwie podlaskim. Pierwszy atak schizofrenii miała w wieku 15 lat. Dziesięć lat wcześniej na schizofrenię zachorowała jej mama. Podobnie jak u Anity, w konsekwencji schizofrenii rozwinęła się u niej ciężka depresja. Z dzieciństwa Anita pamięta, że jej mama wciąż była smutna, nieobecna, wycofana z życia rodzinnego. U niej samej pierwsze objawy pojawiły się w III klasie gimnazjum. – Bolało mnie serce, nie mogłam spać po nocach, wciąż byłam rozdrażniona, aż któregoś dnia zemdlałam w szkole i karetka zabrała mnie do szpitala dziecięcego. Oglądaliśmy tam z rówieśnikami dużo różnych horrorów i po kilku dniach zaczęłam mieć omamy związane z tymi filmami. Każdego dnia było coraz gorzej, omamy nasilały się – opowiada. Anita wspomina, że zdawało się jej, iż wszędzie są ukryte kamery, a otaczający ją świat jest wielkim planem filmowym horroru, który zaraz się rozegra, a ona będzie jego bohaterką. Czuła się osobą wybraną do uratowania przed apokalipsą wszystkich wierzących. Najbardziej uciążliwe było dla niej jednak to, że słyszała we własnej głowie myśli wszystkich spotykanych osób: innych pacjentów, osób ich odwiedzających i dzwoniących do nich, lekarzy, pielęgniarek, salowych… Ten natłok myśli i bodźców powodował ogromny, dezintegrujący lęk. Dziewczyna miała spore problemy z odróżnieniem zdarzeń prawdziwych od tych urojonych, a jej emocje i reakcje były niewspółmierne do bodźców. Po konsultacji z psychiatrą Anita została przewieziona do szpitala psychiatrycznego. Tam spędziła około dwóch miesięcy. Zdiagnozowano u niej schizofrenię. Podczas pobytu w szpitalu udało jej się zdać egzaminy gimnazjalne. Rok później, już po wyjściu ze szpitala, miała pierwszą próbę samobójczą. Takich prób przeżyła w sumie sześć. Oprócz tego ma za sobą ok. 20 pobytów w szpitalach psychiatrycznych.

Niestety, Anita nie jest wyjątkiem. Ze statystyk podawanych przez Polskie Towarzystwo Psychiatryczne wynika, że około połowa pacjentów hospitalizowanych z powodu schizofrenii dokonuje po wyjściu ze szpitala prób samobójczych, a około 10 procent – skutecznych samobójstw. Aby zmniejszyć to ryzyko, schizofrenia powinna być leczona systematycznie i wszechstronnie, nie tylko farmakologicznie, ale i środowiskowo, z zaangażowaniem najbliższego otoczenia chorego i jego rodziny oraz z uwzględnieniem innych form leczenia, np. psychoterapii czy arteterapii.
Przebywając w szpitalu, Anita prowadziła pamiętnik. Pisała o poczuciu zagubienia i bezsilności, o cierpieniu, złości. Wspominała o swojej potrzebie bycia rozumianą i o tęsknocie za ukochanym. Starała się usystematyzować myśli i obserwować stopniowo zachodzące w jej psychice zmiany.

– Czuję, że opatrzność nade mną czuwała i dlatego teraz nie chcę zmarnować kolejnej szansy na normalne życie. Nie chcę też więcej narażać na cierpienia moich rodziców, którzy każdą moją próbę samobójczą bardzo przeżywali – mówi Anita. Zarówno rodzice dwudziestolatki, jak i jej starszy brat oraz dalsza rodzina i przyjaciółka są dla niej wsparciem w walce z chorobą. Niestety, Anita na własnej skórze doświadczyła też nieuzasadnionego odrzucenia, tak częstego wśród pacjentów z chorobami psychicznymi – jedna z dwóch przyjaciółek opuściła ją, niedługo po tym, jak dowiedziała się o diagnozie.

Co sprawiło, że dziś Anita tryska optymizmem i z ufnością patrzy w przyszłość? Przede wszystkim właściwie dobrane leki, systematyczne ich zażywanie, rozpoczęcie psychoterapii. Anita zaczęła dbać o siebie –  regularnie się odżywiać i ćwiczyć. Jak przyznaje, myśli samobójcze pojawiają się u niej sporadycznie, a jak się pojawią, dziewczyna stara się zająć czymś innym i w ten sposób je odpędzić. Anita uczy się zaocznie w Liceum Ogólnokształcącym dla dorosłych. Nawiązała tam sporo nowych znajomości i stara się prowadzić życie towarzyskie. Na co dzień zajmuje się domem, gotowaniem obiadów dla siebie i rodziny, a także tworzeniem różnych przedmiotów dekoracyjnych „hand-made”: kartek, pudełek, obrazków. Jej pasją jest także pisanie listów i korespondowanie z ludźmi z całej Polski. Po maturze zamierza rozpocząć studia psychologiczne. Marzy również o założeniu rodziny. Aktualnie jest w trakcie pracy nad książką opisującą jej doświadczenia.

Najdalsza toń

Proszę wyobrazić sobie oceaniczny bezmiar wody. Turkus, błękit i granat mieszające się po granice wzroku.

Spadam w przestworzach. Na ramionach, biodrach, udach i karku czuję mroźny świst wiatru.
Nie boję się przepaści, bo wiem, że na dole przyjmie mnie woda. Lot jest beztroskim czasem i nie zanosi się, aby miał przeminąć. Wiem, że to się kiedyś skończy, ale w to nie wierzę.
Podmuch i świst. Wiatr i dzień. W końcu bryza.
Plecy rozbijają taflę, wybijają słone i rześkie krople wysoko do góry. Huk uderzenia niesie się odległość pustego horyzontu. Ocean jest chłodny, lecz gościnny. Swoją grzecznością nie zasłania wspaniałych promieni słońca. Tlenu w płucach i policzkach mam wciąż zapas. Dryfuję tuż pod taflą. W każdej chwili łatwo się wynurzę, więc mam kontrolę.

Dzień dobry Pani, dzień dobry Panu. Nazywam się Antoni. Oto kolejna część mnie, podarowana gwoli rzetelnego przedstawienia się. Oddaję swoje marzenia senne, mój bardzo cenny dobytek, z którego skromnie i cicho jestem dumny. Mam kilka perełek i jak szaleniec chciałbym, żeby każdy dostał z nich część, ale muszę być cierpliwy. Jedna myśl, jedno działanie, jeden krok na raz.
Uczmy się po sobie. Skupiajmy się na dobrych cechach. W pokorze słuchajmy zdań.
I nie mówię tu tylko o innych, chodzi mi zwłaszcza o sobie samych. Uczmy się z samych siebie. Skupiajmy się na własnych siłach. W pokorze słuchajmy zwłaszcza tego, co sami chcielibyśmy powiedzieć. Mnie dużo nauczył umysł. Jednocześnie wspaniały, okropny, wyjątkowy i zwyczajny.

Czas się skończył. Duś się. Ludzie nie potrafią oddychać pod wodą. Musisz się dusić. Miękka woda zacieśnia się w stalową obręcz na szyi. Zachłystniesz się… Przełyk rozsadzony w miazgę.
Szarp się i walcz, inaczej utoniesz. Spadałeś z chmur i wszystko było w porządku. Teraz zabije cię odległość kilku metrów. Szarpiesz? Walczysz? Dobrze. Zobacz – spadasz w głębinę, ale trochę wolniej. Jeśli chcesz dotknąć tafli znowu, musisz płynąć. Przecież wiesz jak się pływa.
Ale nie w tym momencie. Teraz wszystko przejęła panika. Zajęła miejsce całej wiedzy o pływaniu.

O ile się nie mylę, omamy dźwiękowe osób chorych na schizofrenię są zniekształconymi prośbami ich „wnętrza”, „sumienia”. Czegoś z nieświadomości. Czegoś z głębi. Głębia ta nie jest sama niczym strasznym. Straszny jest krzyk, który próbuje zagłuszyć jej obraz.
Jednak te głosy są tylko szpicą przykładów. Każdy ma swoje głosy, każdy ma sumienie, ale mało kto wie, czego naprawdę potrzebuje. Jest tak, bo ludzie dużo krzyczą, a tylko w milczeniu da się usłyszeć słowo. I nawet kiedy już spostrzeżemy, że się drzemy i że wszystko co wystarczy, to zamilknąć i słuchać, to nic z tego. Po chwili zapomnimy. Stare i trwałe nawyki okażą się silniejsze. Ale nie powinniśmy się za to winić. Kto by w końcu wiedział kiedy należy się poddać. Czy ja bym wiedział? Ty?

Wije się i rzuca. Jest dzielny. Nic to nie da, ale jest dzielny. Czy już widać przerażenie? Tak, już tak. Zaciska ręce na szyi. Chce zerwać obręcz, która jest znacznie silniejsza od niego. Wola walki przekrzykuje kalkulacje, które mówią, że pod koniec tej historii zginie na pewno. Jednak sama chęć przetrwania nie może się mierzyć z grawitacją ciągnącą w dół.
Widzi nadchodzącą śmierć. Ona nie jest dla niego tylko deficytem tlenu. Wygląda jak narastająca ciemność, czerń, która zagęszcza się z każdym małym odcinkiem drogi w dół. W głębinach nie ma wspaniałych promieni słońca, lecz nie myślał o tym, gdy był tuż pod taflą.

Stare nawyki. Cement każdego charakteru. Czasami powodują korozję i spróchnienie. Czasami przyciągają ciemność z głębin. Moim osobowościowym zboczeniem jest mniemanie, iż plagą cywilizacji są upartość i pośpiech. Oczywiście plag jest o wiele więcej, ale te są wyegzaltowane dla mnie.
Za często łapię siebie na wytykaniu innym słabej jakości cementu. Kto jak kto, ale my ludzie jesteśmy bardzo mało samokrytyczni. W żadnym wypadku nie zachęcam tu, abyśmy zrobili ewaluację swoich wad i służalczo uchylili przed nimi głowy we własnych przewinieniach. Zachęcam do czegoś o jedno niebo i jeden ocean trudniejszego. Pokory.

Spokojnie Antek. Nie umrzesz. Wszystko co musisz zrobić, to opaść na dno.
Coś do mnie przemówiło. Istota z głębin. Woda. Ja. To był mój głos. Nie ja go wypowiadałem, ale należał do mnie.
Mogę oddychać. Nie „znów”. Zawsze mogłem – tu, w głębinach i ciemności. I nie nabrałem łapczywie surowców do płuc. Otworzyłem usta i woda była mym powietrzem. Wymieniała się w moich płucach jak przestrzeń znad tafli. Na nowo zacząłem odczuwać rześkość. Moje ubrania były suche. Cały czas były. Woda nie chciała być w najmniejszym stopniu inwazyjna. Przestałem wreszcie spadać w głębię, zacząłem do niej dążyć. Mrok zamienił się w inny błękit i nie był już nieprzenikniony.
Najdalsza toń dotknęła mnie, a ja ją. Spotkałem się z jej podstawą, z jej piachem. Nie było to dno, które chciało mnie odbić. To była moja nowa tafla. Wypłynąłem przez nią i usiadłem po drugiej stronie – na łóżku, w moim pokoju, w naszym świecie.

Pokora znaczy gotowość i zgodę na przyjęcie wiadomości od życia. Wiadomością może być wszystko, ale w tej jednej myśli, jednym działaniu, jednym kroku chcę powiedzieć o konkretnym przypadku, w którym to wiadomością może być wada znajomego człowieka, może nią być wada Twoja. Może nią być zadanie, którego nie dopełniłeś. To już się stało i zaciskanie sobie karcących pętli nic nie naprawi.
Nie pomoże chęć utopienia za wady. Wszystko co teraz można zrobić, to położyć się na nurcie, przyjąć jego krople i zastanowić się, gdzie popłynąć dalej, a kierunek niekoniecznie musi być w stronę obiecywanego, przebogatego źródła. Źródło, którego nikt nigdy nie widział i do którego wszyscy dążą, narzuca prąd. Prąd ten ma mordercze wymagania. I wcale nie chcę, żeby to było zrozumiane po przeczytaniu tej kompanii słów.
Wgląd. Wspaniałe, lecznicze zjawisko, w którym wiarę pokładają dziedzice „pierwszego, pełnokrwistego psychologa”. Jest używany w terapiach, ale każdy go doświadcza. Sam na pewno już się z nim spotkałeś. Jest to dokładnie ten przebłysk w rzeczywistości, w którym momentalnie pojmujesz sens zaistnienia zjawiska. To ten moment, kiedy chwytasz słowa rzucone na wiatr, przyjmujesz je i zaczynasz czuć, co one znaczą dla Twojego postrzegania świata. Psychologia jest niesamowita.
Wgląd jest jednak bardzo trudny do zdobycia. Jest to esencja przekazu „słyszysz, ale nie słuchasz”. Ale nie martw się. Ja dalej słyszę wiele rzeczy, ale mogę tylko marzyć o tym, żeby być taki mądry, aby usłuchać wszystkiego i każdego. Jestem jednak pełen nadziei i wiary w swoje przyszłe umiejętności. Ty też bądź przekonany do swoich. I ja wtedy będę w Twoje wierzył. Koniec lekcji.

Antek

Chwila moment. Skoro woda nie chciała mnie skrzywdzić… to co mnie szarpało za szyję i ciągnęło w dół?

Samotność

Zastanawialiście się kiedyś co oznacza samotność?
Mogliście strzelać, że to moment, w którym nikogo przy nas nie ma. Wyobraźnia narzuca nam obraz osoby w pustym pokoju, która od dłuższego czasu słowem nie odezwała się do innej istoty. Zgadywalibyście kiedyś, że może być zupełnie inaczej? Samotne osoby często otoczone są chmarą ludzi, którzy na pierwszy rzut oka mogliby wydawać się przyjaźnie nastawieni. Rozmawia z nimi o nieistotnych sprawach, czasem nawet się śmieje. Nie zawiera jednak więzi, które zapełniłyby pustkę w jej sercu.

Samotne noce spędzone na płakaniu i poczucie bezradności towarzyszą temu człowiekowi w każdej chwili życia. Smutek z powodu niezrozumienia przez otoczenie powoduje duszący ból w sercu, którym nie potrafi się podzielić z obawy przed wyśmianiem. Powiedzcie ile razy ktoś wydawał wam się smutny bez powodu i próbował jakoś was o tym poinformować? I jak często bagatelizowaliście to i zwalaliście na chwilowe smutki spowodowane zmianami hormonalnymi, jesienną chandrą, czy po prostu gorszym dniem? To właśnie takie sytuacje sprawiają, że ludzie samotni jeszcze bardziej zamykają się w sobie, wpadając w depresję. Zwłaszcza u młodych osób może to prowadzić do poważnych problemów psychicznych, kończąc się nawet samobójstwem.

W wieku nastoletnim akceptacja przez grupę oraz zrozumienie ze strony bliskich jest często ważniejsze od szkoły. W takim momencie nie liczy się przyszłość, lecz teraźniejszość, która wydaje się być beznadziejna. Również przez to chęć na naukę i marzenia dotyczące bądź co bądź ważnych spraw potrafią całkowicie zaniknąć, zupełnie jak chęć życia.

Przyjrzyjmy się dobrze naszym bliskim i zacznijmy patrzeć na nich pod trochę innym kątem. Nie każdy zrezygnowany człowiek musi obwieszczać to światu, częściej przeżywa to wewnętrznie, co jeszcze wzmacnia i tak silne już uczucia. Bagatelizowanie problemu nic nie da, a może jeszcze bardziej skrzywdzić naszych bliskich. Pomóżmy nie będąc obojętnymi, reagujmy na znaki, a uratujemy tym naprawdę wielu, którzy na pomoc już dawno przestali liczyć. Nie pozwólmy, by dopiero tragedia uświadomiła nam problem, ponieważ wtedy będzie już za późno na jakiekolwiek działanie. Słowa są silną bronią, która potrafi zarówno ranić, jak i pomagać. Nie wykorzystujmy jej więc do bezsensownych sporów i wyśmiewania problemów, lecz użyjmy w naprawdę dobrym celu.

Każdy może zostać bohaterem, nie potrzeba do tego peleryny i super mocy. Starczy trochę empatii i przeniesienia wzroku z czubka własnego nosa na otaczający nas świat. Wiele możemy zmienić, nawet o tym nie wiedząc. Kosztuje nas to tylko trochę wrażliwości, której czasami nam brakuje. Nie bójmy się działać, strzeżmy się raczej obojętności.

Mysotis

O pasji i przeszkodach

Jak to się zaczęło i kiedy? Kiedy skończyłam 5 lat, powiedziałam mojej mamie, że moim największym marzeniem byłoby grać na skrzypcach. Z resztą sama to widziała, bo śledziłam, słuchałam wszystkich możliwych koncertów skrzypcowych. Ponieważ ona z wykształcenia jest muzykologiem, zrozumiała moją potrzebę i zabrała mnie do szkoły muzycznej na przesłuchanie. Przyjęli mnie. Bardzo się cieszyłam i nie mogłam się doczekać pierwszej lekcji. Szkoła była bardzo daleko, ale mama zdeklarowała się, że będzie mnie woziła, pomimo późnej pory. Byłam na pierwszych, drugich, trzecich wstępnych zajęciach. Szczególnie oczekiwałam czwartych, bo miałam dostać wtedy swoje wymarzone skrzypce.

Lecz mama pewnego dnia zauważyła, że zaczęłam krzywo stawać, garbiłam się i „nieelegancko” (jak to ujęła) stawiałam nogę. Zabrała mnie do ortopedy. Lekarze powiedzieli, że mam bardzo dużą skoliozę (dla mniej obeznanych- to skrzywienie kręgosłupa), i że stan jest na tyle poważny, biorąc pod uwagę mój wiek, że potrzebna będzie operacja. Moja mama wiedząc jakie są skutki takiej operacji (nie ciekawe, nie będę opisywać), zabroniła mi grać i zapisała mnie na rehabilitację w prywatnej klinice. Ćwiczyłam, ćwiczyłam i ćwiczyłam, dzień w dzień, czy to słońce czy to deszcz, czy wakacje czy też nie, bo cała rodzina (szczególnie moja najukochańsza mama) mnie pilnowała.

Kiedy skończyłam 8 lat zdałam sobie sprawę, że chciałabym pobawić się muzyką. Zapytałam się mamy, inny instrument wchodzi w grę. Powiedziała, że oczywiście, byle by nie krzywił mi pleców. Wybrałam pianino. Sam instrument był jednym z ważniejszych elementów w domu, więc kupno mieliśmy z głowy. Od trzeciej klasy szkoły podstawowej przychodziła do mnie nauczycielka. Uczyłam się dwa miesiące. Nieszczęśliwie zwichnęłam nadgarstek i odstawiłam ćwiczenia na czas leczenia. Wróciłam do gry po dwóch i pół miesiąca. Trzeba było zacząć od początku, bo jak wiadomo dzieci w tym wieku szybko zapominają i nie koncentrują się jak dorośli. Po paru tygodniach z kolei losu wybiłam sobie palec. Ponownie trzeba było przerwać naukę. Wypadki powtórzyły się jeszcze parę razy i już nie wróciłam.

Ponieważ zajmowałam się równolegle sportem, tzn. trenowałam pływanie zawodniczo od małego i ćwiczyłam taekwondo. Zrozumiałam, że muszę coś wybrać. Kontynuowałam treningi sportowe, aż do 5 klasy. Potem zapisałam się na zajęcia do Domu Kultury, ale po paru lekcjach zorientowałyśmy się z mamą, że pani, która mnie uczyła nie miała o tym zielonego pojęcia. Zostałam przy sporcie. Natomiast w 6 klasie uświadomiłam sobie, że chce uczyć się muzyki! Tak, jak chciałam na początku, tak chce i teraz. Parę dni później dowiedziałyśmy się, że bardzo blisko mojego domu, więc nie byłoby problemu z dojazdem, znajduję się moja szkoła muzyczna. Mama zaproponowała, abyśmy znowu poszły na przesłuchanie. Tak też zrobiłyśmy. Przeszłam, ale powiedzieli nam, że lepiej będzie jak zacznę naukę w gimnazjum. Niecierpliwie, z wielką ciekawością i chęcią pracy przeczekałam cały rok. Przyjęli mnie! Uczę się już rok! Ponieważ jest to szkoła niepubliczna kształcenie w moim wieku może trwać cztery lata, a nie sześć, jak w przypadku dzieci zaczynających wieku 6-10 lat. Można powiedzieć, że to jest dużo, ale ja i tak czuję się jakbym dopiero co zaczęła. Nie ze względu na wielkość „wchłoniętej” przeze mnie wiedzy, ale przez szybko płynący czas.

J.M.K.